wtorek, 29 kwietnia 2014

Nowy sezon czas zacząć

Późno ten sezon biegowy rozpoczynam, ostatnie ultra biegłem z końcem września i trochę mi już tego brakowało. Beskidzka 160 na ratę, którą rok temu wygrałem, tym razem startowała z Goleszowa, edycja jesienna z zeszłego roku stała się wiosenną w tym. Rozpoczynamy w sobotę o 5.00, jest rześko, z nieba sączy się deszcz, który będzie towarzyszył przez sporą część trasy. Początek to szybki zbieg po asfalcie z Góry Chełm i dalej podbieg na Małą i Wielką Czantorię. Trzymam się na końcu kilkuosobowej grupy, która nadaje tempo. Staram się nie zmęczyć na początku i uważam przede wszystkim na kolano, tydzień wcześniej ledwo skończyłem 30 paro km trening i obawiałem się czy wytrzyma całą trasę. Poza tym na Soszowie po kilkunastu kilometrach trasy się rozchodziły, krótka wracała do Goleszowa, a długa miała jeszcze trochę do zrobienia, także liczyłem, że z tych co tak gnają z przodu wybierze krótszą trasę, więc tym bardziej nie było sensu trzymać się ich za wszelką cenę. Podbieg na Czantorię minął dość sprawnie, miejscami jest sporo błota i ślisko, w sumie fajnie, że pada, bo przynajmniej się nie grzeję. Z Czantorii zbieg po milionach kamieni w stronę Soszowa, gdzie zlokalizowano pierwszy punkt kontrolny. Zastanawiałem się czy nie wybrać krótszej trasy, bo trochę czułem kolano, ale gdy okazało się, że przede mną tylko dwie osoby wybrały długą trasę, to jakoś mi przeszło. Dalej błoto, błoto, podążam czerwonym szlakiem na Kubalonkę, dookoła ptaki śpiewają, nawet jakaś spłoszona sarna przemknęła, zieleń coraz intensywniejsza. Wiosna pełną gębą.
fot. Rafał Brzózka
Biegnie się coraz fajniej, do tego siadł mi garmin, więc nie mam możliwości kontrolowania tempa i w sumie to bardzo dobrze, pozostaje zabawa bez jakiegoś spinania się. Na kolejny punkt na przełęczy Szarcula docieram jako drugi, także ktoś się zgubił. Chwilę przede mną jest Maciek Więcek, także jak się okazuje tempo nie jest najgorsze. Biorę trochę jedzenia, uzupełniam wodę i kierunek Barania Góra. W okolicy Baraniej błota było trochę więcej, nawet sporo więcej, do tego dmucha i robi się zimniej, ubieram kurtkę, bo zaczynam marznąć, do tego tempo trochę siada, znów jestem głodny, a większość jedzenia już zjadłem. Wciągam kolejny żel, ale nie dobrze mi się robi. Do tego gubię trasę, skręcam jakieś 500 m za wcześnie i spadam za bardzo w dół. Telefon do organizatora utwierdza mnie w przekonaniu, że trochę zawaliłem, trzeba wracać z powrotem na grań. Widzę więcej śladów, więc ktoś mnie już wyprzedził. Ale niedługo doganiam dwójkę zawodników, Wojtek Probst i Tomek Kołder. Jak się okazało to pokonaliśmy razem ostatnie 30 km trasy. Ultra to zazwyczaj samotność, ale fajnie jest też w grupie, zwłaszcza jak biegnie się podobnym tempem, sporo rozmawiamy, żartujemy, nawet jakoś specjalnie nie ciśniemy. Czas i kilometry lecą całkiem szybko, Salmopol, Orłowa i jesteśmy w Ustroniu. Maciek był tu jakieś 8 minut wcześniej, ale nie mamy specjalnie ochoty go gonić.
fot. Rafał Brzózka
Zostało jakieś 16-17 km do mety i ponowne podejście na Czantorię. Tym razem idzie dużo trudniej, zmęczenie robi swoje, poza tym  z tej strony jest trochę stromiej. Pogoda niestety się poprawia i robi się coraz cieplej, za to pojawiają się też piękne widoki. Męczymy się chwilę z Czantorią, ale w końcu puszcza i zbiegamy w stronę ostatniej przeszkody zwanej Wyrgórą. Do tego jest bardzo błotniście, przed nami tą trasę pokonało ponad 100 nóg z trasy krótkiej, momentami buty chcą zostać w tej brei. Wracają do Wyrgóry to stary kamieniołom, na szczyt którego wije się wąska i błotnista ścieżka, miejscami idę na czworakach, widok z góry rekompensuje trudy wejścia, ale i tak mi się ten fragment bardzo podobał. Nie mogę tego powiedzieć o asfaltowej końcówce, zwłaszcza o 2 km podbiegu do mety. To mi się wyjątkowo nie podoba. Wojtek odrywa się od nas, ale jak ktoś biega maraton w 2:40, to nic dziwnego. Kończymy razem z Tomkiem na 3 miejscu, czas 10:14, 8 minut za zwycięzcą. Sama impreza bardzo udana, organizatorzy spisali się świetnie, trasa zwłaszcza w tych warunkach była wymagająca. Podobało mi się i wynik też fajny jak na początek sezonu, kolano wytrzymało, co dobrze wróży. Czas się zabrać, za porządne treningi, bo jakoś w marcu i kwietniu, to nie bardzo mi to wychodziło:)

poniedziałek, 17 lutego 2014

Wczasy na Mazurach.

Nie były to tak do końca wczasy, bo trochę sił nas to kosztowało i nie zawsze było miło i przyjemnie, ale okoliczności przyrody były cudne i choćby dla tych widoków warto było wystartować w Rajdzie Zimowym 360 stopni, z bazą w małej wiosce Gawliki Wielkie nad jeziorem Gawlik. Na starcie trasy długiej liczącej ok 430 km 9 ekip, w tym nasz Tetrahedron. Pogoda była wyjątkowo łaskawa w tym roku, sporo słońca, ok -5/6 stopni na starcie, z każdym dniem miało być cieplej, śniegu po kostki, ale dobrze, że w ogóle był.
Jurek, Konrad, Piotrek i Magda, na starcie to wszyscy są zadowoleni:)
Zaczynamy na rowerze by szybko dotrzeć do Folwarku Łękuk, świetne miejsce na wypoczynek, do tego z banią ruską na jeziorze, korzystaliśmy po rajdzie i kąpiel w przeręblu to jest to :). Jednak mowy o wypoczynku nie mogło być. Wychodzimy na ok 25 km trekking, głównie wiodący wśród okolicznych pól. Trochę biegamy, sporo idziemy na azymut, ogólnie bez jakiegoś większego ciśnienia, jemy, pijemy, żartujemy, jak na wczasach. Słońce świeci, telefony nie dzwonią, cisza i spokój, chwilo trwaj. Kolejny etap to 65 km rowerem, głównie po asfaltach bądź leśnych drogach, trzeba było mieć trochę szczęścia w wyborze wariantu, bo nie wszystkie drogi były przejezdne, ale obyło się bez większych problemów. Po drodze czekało nas zadanie specjalne, podejście i zjazd z wieży widokowej. Staraliśmy się trochę przycisnąć na rowerze przed ZS, bo organizator zapowiadał, że nie będzie zbyt wielu stanowisk, a czekać kilkadziesiąt minut i marznąć nam się nie uśmiechało.
Zadanie poszło dość sprawnie, do tego dogoniliśmy ekipę z Czech, co trochę podniosło nam morale. Na rowerach udaliśmy się w dalszą drogę do Orzysza, gdzie zlokalizowano kolejny przepak. Rower na tym etapie był dość szybki, po drodze wraz z Czechami szukaliśmy przez ok. 10 minut punktu, który ktoś zwinął i drugie tyle straciliśmy na naprawę łańcucha, który Jurek zerwał w swoim rowerze. Póki co szło nam całkiem dobrze, ale to było tak naprawdę dopiero 100 km za nami, chociaż w czasie znacznie wyprzedzającym nasze założenia. Kolejny 50 km etap narciarski składający się z dwóch odcinków na mapie do bno, mówiąc delikatnie nam nie wyszedł. Na początku nie mogłem się wstrzelić w mapę, w efekcie czego wylądowaliśmy znacznie dalej niż tam, gdzie planowaliśmy wejść w mapę bno. Nie zabraliśmy na ten odcinek butów biegowych, co też było błędem, bo sporo fragmentów trasy szybciej można było pokonać biegnąc niż na siłę jeżdżąc na nartach. Tempo też nieco siadło, etap kończyliśmy nad ranem i chyba tym można wytłumaczyć błędy w końcówce, wychodząc z ostatniego punktu mieliśmy kierować się na zachód, po czym po kilku minutach uświadamiamy sobie, że idziemy zupełnie w przeciwną stronę. Zawracamy obierając poprawny kierunek, po czym po chwili znowu idziemy na wschód, czyli nie tam gdzie trzeba. Trochę nas zamroczyło. Dużo straciliśmy na tym etapie, ale zabawa dopiero miała się zacząć.
fot. Łukasz Utko
Czekał na nas najdłuższy 95 km etap rowerowy, dla mnie najfajniejszy etap na całym rajdzie, w większości prowadzący po zaśnieżonych drogach wśród mazurskich pól i łąk, po drodze dotarliśmy nawet do wyciągu narciarskiego, do tego w mocno świecącym słońcu. Czasami rower trzeba było nosić, ale etap ten dał mi bardzo dużo radości i frajdy z jazdy, chyba każdy z nas miał sporo zabawy. W trakcie etapu organizator przygotował jeszcze perfidne zadanie polegające na eksploracji bunkrów, na początek trzeba było zmieścić się w otwór o wymiarach ekranu komputerowego, a później łatwo też nie było, ale zabawa super oraz jeszcze fajniejszy most linowy na ruinach wiaduktu w Kruklankach, padło tam sporo niecenzuralnych słów pod adresem orgów i chwilę to zajęło, ale też było fajnie. A wyglądało to tak:
fot. Łukasz Utko
Zaczęła się druga gwiaździsta noc gdy docieramy do kolejnego przepaku mieszczącego się na terenie Republiki Ściborskiej, miejsca dość oryginalnego. Darek, właściciel tego przybytku ma pod opieką 50 psów husky i malamutów, do tego sam startuje w wyścigach psich zaprzęgów. Jak nam opowiadał, że w ciągu dwóch dni pokonał z psami w Norwegii 500 km, to coraz większy uśmiech pojawiał mi się na twarzy. Czuję, że odnalazłbym się w tym środowisku, pogadam ze swoim psem, co on na to :) Samopoczucie mamy dość dobre, spać nam się nie chce, więc po zjedzeniu pomidorowej wychodzimy na trekking, poprzedzony krótkim odcinkiem psich zaprzęgów. Zabawa była przednia, mimo, że leżałem po drodze, to sama jazda daje dużo emocji, psiaki były cudne, szkoda że tak krótko to trwało. Do tego podczas zakończenia rajdu dostaliśmy specjalną nagrodę za podejście do psów, no ale jak trzech z nas ma psy, a Magda kota, to nie mogło być inaczej :)
fot. Aleksander Jasik
Trekking szedł nam bardzo sprawnie, aż do czasu gdy trafiliśmy na punkt, który jakiś kretyn zwinął, po rozmowach telefonicznych z orgami, którzy sugerowali, żeby jednak poszukać punktu, chociaż byłem pewny, że jesteśmy w dobrym miejscu, ale że nikt nie zgłaszał wcześniej jego braku, to przeczesaliśmy teren dokładnie, aż Magda znalazła sznurek od perforatora. Szkoda tylko, że uciekło tu 40 minut. Bardzo ciekawym rozwiązaniem, wprowadzonym w takiej skali chyba po raz pierwszy w Polsce, była możliwość śledzenia naszych poczynań on-line, co było fajne z punktu widzenia kibiców, a nam dawało gwarancję, jak w powyższym przypadku, że mieliśmy zaliczony PK. Po trekkingu trafiamy ponownie na przepak, gdzie po krótkiej dyskusji idziemy spać, ścierały się dwie opcje 30 czy 40 minut, zwyciężyła ta druga. Przed świtem wychodzimy na przedostatni 80 km odcinek rowerowy, naszym celem ponownie Folwark Łękuk, ale droga tam daleka. Do tego po raz pierwszy na tym rajdzie robi się nam zimno, słońca nie ma, dookoła szaro buro, w tle szumią wiatraki z pobliskiej farmy przez którą przejeżdżamy, zatrzymujemy się na chwilę w sklepie licząc na kawę, ale pani zepsuł się czajnik. Na szczęście po jakimś czasie robi się nieco cieplej, dwie doby już za nami, ciekawe ile jeszcze to zajmie? Pokonujemy kolejne kilometry wśród uroczych mazurskich krajobrazów, drogi w tej części jakby mniej odśnieżone, bo sporo noszenia, albo nasze warianty zbyt optymistyczne. Ale było też przyjemnie, w ogóle rower na tych zawodach podobał mi się najbardziej, chyba po raz pierwszy w historii moich startów. Docieramy w końcu na przepak, bierzemy biegówki i ruszamy na 60 km odcinek narciarski po Puszczy Boreckiej, mądrzejsi o poprzednie doświadczenia zabieramy też buty biegowe.

Zaczyna się trzecia noc. Etap idzie nam bardzo dobrze i bezbłędnie, szybko zaliczamy kolejne punkty, przegryzamy sardynki ananasem, sporo odcinków pokonujemy na nartach, śnieg jest bardziej zlodowaciały niż poprzednio i narty dostają fajnego poślizgu. Widzimy, że któryś zespół pokonywał te odcinki łyżwą i to chyba była dobra metoda na tą trasę. Dzięki wspomnianemu wcześniej urządzeniu gps dowiadujemy się, że szybko zbliżamy się do Ukraińców, nie napiszę, że wstępują w nas nowe siły, bo tych już zbyt wiele nie mamy, ale jakoś lepiej koncentrujemy się na tym co robimy, a przede wszystkim unikamy błędów. Końcówka trasy to ok 10 km odcinek po drodze, na który zmieniamy buty, co nie jest takie proste, bo stopy mi tak napuchły, że ciężko je do nich zmieścić, do tego moje stopy są w dość kiepskim stanie, co nie gwarantuje dobrego tempa, co więcej przez naszą pogoń odwodniłem się i niewiele jadłem, bo szkoda było się zatrzymywać, co niestety daje o sobie teraz znać. Piotrek bierze mnie na hol, narty oddaję Magdzie i Jurkowi, do tego wmuszają we mnie trochę jedzenia. Pomału mi przechodzi, w międzyczasie mijamy Ukraińców, który się trochę pogubili w końcówce. No to szykuje nam się ściganie na sam koniec, a nie można było tak na luzie dojechać do mety? Do tego ich zespół ma 30 minut kary, więc musimy to spokojnie i dobrze rozegrać. Etap łyżwiarski został odwołany, więc zostaje nam już tylko albo aż 23 km do mety na rowerze. Ale to nie był prosty odcinek. Od jakiegoś czasu pada deszcz, który na drodze zamarza, przez co robi się bardzo ślisko, nie było łyżew na jeziorze, to jest jazda figurowa na drodze, co chwilę ktoś z nas leży. Do tego coraz bardziej chce się spać, to już prawie 68 godzin na trasie. Jeździmy od rowu do rowu, Piotrek śpiewa, żeby nie zasnąć, do tego mózg też dokłada swoje, co jakiś czas nagle na środku drogi wyrasta przede mną filar mostu w który wjeżdżam, po czym wszystko się nagle rozpryskuje, a ja się budzę i jadę dalej. Dobrze, że nikt odłamkiem nie dostał. Chwilę szukamy ostatniego punktu, Ukraińcy też, opuszczają go parę minut przed nami, a więc powinno się udać. Ostatnie kilometry na pełnej koncentracji, o ile o czymś takim można mówić po prawie trzech dobach na trasie, jesteśmy 12 minut za Ukraińcami, zajmujemy 5 miejsce. Zmęczenie jest ogromne, ale pojawia się też uśmiech na twarzy. Po raz drugi z rzędu kończymy rajd zimowy. Mogło być lepiej, ale nie wszystko nam poszło tak jak chcieliśmy, ale sporo też się nauczyliśmy i będzie nad czym pracować na przyszły rok. Impreza była świetna, bardzo fajna atmosfera, Mazury zimą wyglądają wspaniale. Idziemy spać a potem do bani :)

poniedziałek, 6 stycznia 2014

podsumowanie 2013 - cz.2

W lipcu przyszedł czas na najdłuższy bieg w jakim wystartowałem w 2013, Bieg 7 Szczytów odbywający się w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Biegowego, dystans 235 km. Impreza, którą bardzo miło wspominam, piękne tereny, palące słońce, kilka kryzysów, w tym jeden mocno, do tego trasie drogi krzyżowej :) Praktycznie całą trasę pokonałem razem z Kamilem, fajnie było mieć się do kogo odezwać. Skończyliśmy 40 godziną wycieczkę na 7 i 8 miejscu. Bardzo bardzo fajna impreza.
fot. Andrzej Brandt


 Jedynym krótkim startem, o ile dystans maratonu można nazwać krótkim, był Gorce Maraton, bieg o którym sporo słyszałem, ale jakoś wcześniej nie było okazji w nim wystartować, Tomek zresztą też tam był. Biegłem bez sikora, wyłącznie na samopoczucie i z tego wyszło 4 miejsce w generalce, co było dla mnie zaskoczeniem. Bardzo kameralna impreza w miłej atmosferze i metą w widokiem na Tatry. Polecam.

Tydzień później po starcie w Gorcach przyszedł czas na główny start drugiej części sezony, Bieg 7 dolin, podobnie jak w wielu wcześniejszych zawodach, startowałem w Krynicy po raz pierwszy. Bardzo mocna stawka na dość prostej ale szybkiej trasie. Mnie szybkości zdecydowanie brakowało, do tego doszło zmęczenie po starcie tydzień wcześniej, ale pozwolił to na zajęcie 18 miejsca i 4 kategorii wiekowej. Wynik sam w sobie nie powala, ale dla mnie był to jeden z bardziej udanych startów w życiu. Czas 10 godzin 43 minut to moja najszybsza jak dotąd setka. Bardzo dużo się nauczyłem na 7 dolinach, wiem czego brakuje, żeby biegać jeszcze lepiej i od jakiegoś czasu wdrażam to w treningi. W 2015 będę chciał tam wrócić.
fot. www.festiwalbiegowy.pl
Pod koniec września przyszedł czas drugą dwusetkę w 2013 roku, Beskidy Ultra Trail, impreza która wzbudziła wiele kontrowersji, ale była też piękna zarazem. Mój ulubiony Beskid Żywiecki plus Babia Góra nocą, bardzo wymagający teren, dużo walki z sobą samym, kolejny prawie 40 godzinny start zakończony 3 miejscem, dzięki czemu zapewniłem sobie wygraną w pierwszej edycji rankingu Ultra Trail Mountain Runners Cup of Poland. To był naprawdę udany rok. Kalendarz na 2014 praktycznie wypełniony, czas zrobić krok dalej w ultra...

sobota, 28 grudnia 2013

góry po raz ostatni - tego roku

Korzystając z dość wiosennej pogody, jak na tą porę roku, wybraliśmy się z Tomkiem na krótką przebieżkę na Rysiankę i z powrotem. Śniegu nie wiele, za to dość miękki i mokry, widoki cudne no i wiatr silny. Takiego kataklizmu jak w Tatrach nie było, ale trochę połamanych drzew naliczyliśmy.





czwartek, 26 grudnia 2013

To był rok - podsumowanie 2013 cz.1

To był zdecydowanie najlepszy jak do tej pory sezon w moim wykonaniu, cieszę się nie tylko z osiąganych wyników czy zajętych miejsc, ale również z tego, że mogłem spróbować wielu nowych rzeczy, poznać nowe miejsca i nowych ludzi, ale przede wszystkim miałem możliwość startować i rywalizować z ludźmi, których bardzo lubię.
Krótki przegląd tego, co działo się w tym roku.

Duże uderzenie na początek, coś o czym marzyłem od dawna i pomału wątpiłem, że uda się to zrealizować, start w czwórkowym zespole w dużym rajdzie. Stojąc na starcie ok. 500 km Mistrzostw Europy w Rajdach Przygodowych rozgrywanych podczas Rajdu 360 stopni dalej w to nie dowierzałem. Mam masę pięknych wspomnień z tego trudnego rajdu, które na długo zostaną w pamięci. Wraz z Magdą, Jurkiem i Hubertem zajęliśmy 6 miejsce na Mistrzostwa Europy, przed startem nie postawiłbym na to nawet złamanego grosza, byliśmy najsłabszym zespołem w stawce, najmniej doświadczonym, ale dzięki naszej wspólnej determinacji i dobrej strategii sprawiliśmy sporą niespodziankę.

Początek marca to start w Biegu Piastów na dystansie 50 km klasykiem, od dawna chciałem się tam wybrać i trochę się rozczarowałem, ja chyba jednak nie lubię masowych startów, do tego kiepsko przygotowane narty powodowały, że za wiele przyjemności z jazdy to nie miałem, pod górę nadrabiałem siłą, w dół mijał mnie kto chciał. Bieg dał nieźle w kość, wiec chociaż to było fajne. Ale wrócę tam jeszcze, najpierw jednak zainwestuje w dobre biegówki i smarowanie.


Kolejną nowością był start w półmaratonie w Lizbonie, mój drugi w życiu start na asfalcie, chciałem pobiec poniżej 1.30, wyszło niewiele więcej, ale w 10 tysięcznym tłumie ciężko się biegnie, zwłaszcza jak startuje się z końca, ale wycieczka fajna, zwiedziłem miasto, bardzo ładne zresztą. Za miastami nie przepadam, ale taka forma zwiedzania bardzo mi odpowiada. W każdym razie na wiosnę planuję półmaraton w Krakowie, gdzie takich tłumów jak w Lizbonie nie będzie, a i forma mam nadzieję lepsza, także będę chciał poprawić wynik o dobrych kilka minut.

Jak śniegi zeszły przyszła pora na pierwsze ultra, Beskidzką 160 na raty, którą nawet wygrałem, co bardzo mi się podobało, impreza też była fajna. Kameralny bieg w miłej atmosferze, czytelność mapy trasy jedynie pozostawiała trochę do życzenia. Na jesiennej edycji nie byłem, ale słyszałem sporo dobrych opinii, a trasę sam sprawdzę w przyszłym roku, kiedy edycja jesienna 2013 stanie się edycją wiosenną. W każdym razie bardzo mi się ta impreza podobała, głównie ze względu na atmosferę.

Jedynym stałym punktem w kalendarzu odkąd startuję jest Kierat,  nie inaczej było w tym roku. Tradycją dotychczasowych startów było to, że za każdym razem poprawiałem czas i miejsce i cieszę się, że udało mi się tą tradycję podtrzymać, czas o półgodziny lepszy niż w 2012 i jedno oczko wyżej z 8 na 7. W kolejnym roku Kieratu również nie zabraknie, ale mam nadzieję, że o trochę więcej się przesunę niż tylko na 6 i czas też będzie dużo lepszy, w takim tempie, to dopiero w 2019 wygrałbym Kierat, a nie chcę tyle czekać :P
fot. T.Baranowski
 ciąg dalszy nastąpi...


piątek, 20 grudnia 2013

Orient w Krakowie

Ostatnie lata na zakończenie sezonu rajdowego jest Funex Orient, tym razem zorganizowany w Krakowie, co było dla mnie dużą zaletą. O 18.00 wyszedłem z pracy, kwadrans później jestem w bazie. Fajnie jest mieć blisko na start. Magda miała za to sporo dalej, ale zdążyła i w ostatniej chwili pojawiliśmy się na linii startu, co wcale nie było takie pewne wcześniej. Także pierwszy sukces za nami :). Nie mieliśmy specjalnych oczekiwań co do rajdu, ja dopiero co zacząłem się ruszać, Magda z kolei narzekała na zmęczenie sezonem, dlatego głównym celem była dobra zabawa, bez specjalnego spoglądania na to co robią inni. Na początku tej 200 km trasy czekał nas dwudziestu kilku kilometrowy trekking na którym mieliśmy własne warianty, co skutkowało tym, że raz na punktach byliśmy z tyłu, a raz z przodu stawki. Etap kończył się paru kilometrowym spacerem po wałach wzdłuż Wisły po podobno czerwonych szlaku rowerowym, ale ja go nigdzie po drodze nie widziałem, w ogóle to niewiele widziałem, bo wymieniłem przed startem średnio zużyte baterie w czołówce na takie bardzo zużyte. Aha no i kompas gdzieś mi się zapodział i przed startem nie udało się go odszukać. Nawigację oddałem Magdzie, bo trudno, żeby ślepy nawigował, dlatego w tamtym momencie bardziej skupiłem się zapewnieniu rozrywki sobie i innym. W końcu uporaliśmy się z wałami i dość licznym gronie dotarliśmy do przystani na Wiśle, gdzie czekał nas 15 km kajak z przenoską przez stopień Kościuszko. Ostatni raz w kajaku siedziałem rok temu na Funexie, ale mimo to poszło nam całkiem sprawnie, jak udało się opanować kołysanie na boki i zgrać nasze wiosłowanie, to nawet wyprzedziliśmy kilka zespołów. Listopad może nie jest najfajniejszym miesiącem na machanie wiosłem, ale pogoda nie była złośliwa i nawet było mi za ciepło. Po drodze były takie miejsca:
fot. www.tyniec.benedyktyni.pl  


Tzn zapomniałem dodać, że płynęliśmy w nocy, więc nic nie było widać, tylko nagle pojawiła się wielka skała a reszta jest jak na zdjęciu. Po kajaku czekały na bardzo przyjemne rolki po wałach wzdłuż Wisły, które pokonywaliśmy wspólnie z Sebastianem i Pawłem. Po rolkach 2 punkty w Lasku Wolskim i na do bazy na przepak. Dalej nie wiele widziałem, ale przynajmniej znałem teren, więc na coś się przydałem. Punkty wchodzą szybko, chociaż sądząc po ilości czołówek w ich okolicy nie wszystkim poszło to gładko.
Zaczyna świtać, gdy zmierzamy powolnie do bazy, na ulicach Krakowa pusto, także raczej do życia się jeszcze nie obudził. Na przepaku było apogeum mojego dość lekceważącego podejścia do tego rajdu, jak się przebrałem w ciuchy rowerowe i chciał zakładać ochraniacze z neoprenu na buty, to ku mojemu wielkiemu, ale to naprawdę wielkiemu zdumieniu okazało się, że nie mam spd-ów. Poszedłem jeszcze do auta sprawdzić, ale wiedziałem, że tam ich też nie ma. Przynajmniej jednej rzeczy nie będzie trzeba prać po rajdzie, ale w tamtym momencie było mi wyjątkowe nie do śmiechu. Za to Magda przyjęła tą wiadomość bardzo spokojnie, chociaż właśnie w tym momencie pogrzebałem nasze szanse na dobry wynik. Cóż, jak się nie ma w głowie, to się ma w nogach, więc czekało mnie ok 100 km na rowerze w butach biegowych. Kolejnym celem była Nawojowa Góra, gdzie czekało na nas ok 20 kilometrowe bno, ale zanim tam dotarliśmy była Jaskinia Borsucza, gdzie bynajmniej borsuków nie było, za to było dość mokro i Dolina Kobylańska z zadaniem specjalnym. Do tego na tym fragmencie mieliśmy częściowo towarzystwo Darka i Piotrka z Ihaha Adventure. Fajnie jest mieć towarzystwo, nawet z innej kategorii, bo przynajmniej można się pościgać na warianty, no i na zadaniu wspinaczkowym meldujemy się przed chłopakami, dużo tego roweru nie było, ale męczyłem się bardzo, dlatego do wspinaczki musiała zostać oddelegowana Magda, uporała się z ścianą bardzo sprawnie i w nagrodę dostała kabanosa, a nawet dwa. 
fot. Baszka
Bno to był dla mnie etap numer jeden tego rajdu. Piękne bukowe lasy, mnóstwo skałek, wąwozów, do tego wymagająca nawigacja i coraz większe zmęczenie, a bardziej senność pod koniec. Zabrało nam to prawie 5 godzin, ale to był piękny etap. Pod koniec wkradło się trochę błędów. Do tego byłem już bardzo głodny, a jedzenie skończyło mi się gdzieś w 2/3 etapu, picie nawet wcześniej, także z wielką radością powitałem talerz zupy na przepadku i możliwość zrobienia zakupów pobliskim sklepie. Do końca zostało nam tylko rower plus zadanie specjalne w jaskini Racławickiej, ale żeby tam dojechać, trzeba zaliczyć punkt na Czerwonej Górze koło Siedlca, a żeby tam wyjechać, to trzeba się nieźle napocić. Kto nie podjeżdżał niebieskim rowerowym w stronę Paczółtowic, to polecam. Można się zmęczyć. Na zjeździe w Paczółtowicach spotykamy Sabinę i Janka, którzy prowadzą w MIX-ach. Widzę, że robią wariant do kolejnego punktu na około, myślę, że mają ok godziny przewagi. Ja mam inny wariant na dalszą drogę, jak uporamy się szybko z zadaniem, to może jeszcze powalczymy. Chwilę nam zajęło podejście przez pola do jaskini, ja zjeżdżam na dół, szybko znajduję trzy punkty w jaskini, małpuję do góry i po chwili pędzimy w dół. Akcja poszła całkiem sprawnie, biorąc pod uwagę, że liny ostatnio miałem w rękach na zimowym czempionacie Europy w Beskidzie Niskim. Jedziemy przez dolinę Racławki, miejsce moich cotygodniowych spacerów z psem, opowiadam Magdzie, jak tu jest pięknie mimo, że dokoła czarno jak..., nieważne.
Dolina Racławki, fot. www.odkryjmalopolske.pl
Marzenia o pogoni rozbiły się przed następnym punktem, najpierw skręciliśmy nie w tą drogę, co potrzeba i w efekcie nosiliśmy rowery przez chaszcze, a później szukaliśmy punktu w polu kukurydzy, gdzie go nie było. Punkt był przesunięty jakieś 200 m od miejsca, w którym powinien być i niestety kosztowało nas to sporo czasu. Końcówka to już szybkie asfalty do Krakowa, chwila zamotania w dolinie Grzybowskiej i tuż przed 22.00 pędzimy na rynek w Krakowie. Dwa punkty zlokalizowano w parkometrach, trzeba było wrzucić 1 zł i zabrać wydruk, żeby zaliczyć punkt. Fajny pomysł, chociaż o tej porze trochę ryzykowny, bo parę razy byłem blisko przejechani spacerowiczów na rynku. W końcu po 24 godzinach i 24 minutach kończymy rajd na drugim miejscu w Mix-ach. Nie spodziewałem się tego, zwłaszcza jadąc bez spd-ów. Rajd był bardzo syty, zarówno pod względem trasy jak i jedzenia na mecie. Na koniec bardzo chcę podziękować Magdzie za dużo cierpliwości, bo ja kilka razy na siebie to się mocno wkurzyłem :)

sobota, 7 grudnia 2013

W krainie miodem płynącej.



Początek listopada to tradycyjnie czas na Gezno, którego w tym roku odbyła się już dwunasta edycja. Obok Kieratu, to impreza w której najczęściej startowałem i bardzo lubię brać w niej udział. Tym razem baza zlokalizowana była w Domu Pszczelarza w Kamiannej w Beskidzie Niskim, które też zresztą bardzo lubię i mam wiele fajnych wspomnień, zwłaszcza z zimowego AREC-u. Jakiś tydzień przed startem zacząłem ponownie biegać, więc na wynik się nie nastawiałem, odpoczynek po całym sezonie trochę mi się przeciągnął, poza tym jakoś nieszczególnie miałem ochotę biegać w październiku. Startujemy z Magdą w Mixach, chcemy przed wszystkim wypaść lepiej niż rok temu, gdzie po prostu start nam nie wyszedł. 
W kategorii męskiej startują Tomek z Jurkiem. W ogóle na starcie dużo znajomych twarzy, co zapowiada ciekawy wieczór. Wracając jednak do startu pierwszy etap to scorelauf, obieramy swój wariant i poza początkiem trasy raczej nie spotykamy naszych konkurentów. Kilka razy szukamy punktów nie tam gdzie trzeba, przez co tracimy trochę czasu, ale myślę że nie więcej niż 25 minut, więc nie jest najgorzej. Za to bardzo fajnie mi biegnie, w lesie sporo błota, ale cieszę się na widok każdej górki którą spotykamy, chętnie bym na nie wszystkie wbiegł, Magda nie podzielała mojej radości co do wbiegania na górki :)
 
fot. Paweł Banaszkiewicz


Pogoda też nam dopisuje, jesień w Beskidzie Niskim powoli ma się ku końcowi, ale mimo tego bukowe lasy prezentują się uroczo. Etap kończymy na niezłym 6 miejscu, 32 minuty za liderami, czyli brakło nam 3 minuty do startu w handicapie. Straty do poprzedzających zespołów nie są duże, więc powalczymy kolejnego dnia, a przewaga nad kolejnymi teami jest dość komfortowa. Chłopakom pierwszego dnia poszło nieco gorzej, nie zmieścili się w pierwszym limicie, przez dostali sporo karnych minut, ale w dobrych humorach kończyli. O humory zadbaliśmy też przy wieczornych rozmowach w Domu Pszczelarza, Gezno to tak naprawdę towarzyska impreza ze wspaniałą atmosferą gdzie jest czas, żeby porozmawiać i powspominać. Do tego puszczono archiwalne filmy z Adventure Trophy, wielka szkoda, że tej imprezy już nie ma. Oczywiście miodu i innych trunków nie brakowało, ale to w końcu sportowy blog, więc nie będę ciągnął tego tematu :)
fot. Paweł Banaszkiewicz
Drugi dzień przywitał nas trochę chłodniejszą temperaturą, do tego w nocy padało, więc mogliśmy spodziewać się jeszcze większej ilości błota na trasie. Drugi dzień imprez etapowych zawsze mi lepiej wychodził, nie inaczej było tym razem. Startujemy razem ze wszystkimi, którzy nie zmieścili się w handicapie, ale przyciskamy mocniej na samym początku, żeby odskoczyć nieco od innych zawodników. Nawigacyjnie obyło się bez błędów, do tego wyszedł nam jeden bardzo dobry wariant nawigacyjny i gdzieś w 2/3 trasy spotkaliśmy Justynę i Rafała, którzy pierwszy dzień zakończyli na drugim miejscu i wystartowali niecałe pół godziny przed nami. Trochę mnie zdziwił ich widok, ale skoro pojawiła się okazja na dobry wynik, to trzeba było spróbować to wykorzystać. Końcówkę etapu dało się w sporych fragmentach pokonać asfaltami, ale wybraliśmy krótsze warianty z mniejszą ilością przewyższeń. Na ulicy byśmy im nie uciekli, a górach była jakaś szansa. Do końca się nie udało, ale ukończyliśmy etap na trzecim miejscu, całość na piątym, także całkiem przyzwoicie. Tomek z Jurkiem drugi etap pokonali dużo sprawniej i zakończyli rywalizację na 10 miejscu w bardzo mocno obsadzonej kategorii MM. Organizacyjnie jak zwykle było super, aż chciałoby się, żeby Compass zrobił jeszcze raz Adventure Trophy :)