środa, 20 czerwca 2012

Rzeźnik

" Biegnij biegnij żwawo górami lasami, przeskocz nad strumykiem przeskocz, chyl się pod drzewami..." tak się zaczyna hymn Biegu Rzeźnika autorstwa zespołu o dość oryginalnej nazwie - Wiewiórka na drzewie, żwawo, w miarę możliwości, starliśmy też poruszać po trasie z Komańczy do Ustrzyk Górnych. Zaczynamy dość spokojnie meldując się na pierwszym punkcie poza pierwszą setką zespołów, najtrudniejsze są dwa ostatnie odcinki trasy przez obie połoniny, także jeszcze zdążymy się zmęczyć. Wraz z kolejnymi kilometrami udaje nam się wyprzedzać wiele zespołów, zwłaszcza zbieg wychodzą nam tego dnia bardzo dobrze, pomimo dość nierównego podłoża z korzeniami i luźnymi kamieniami, na każdym stromym zbiegu nogi same niosą i mamy wiele frajdy z biegania. Problemy zaczynają się na tzw drodze Mirka przed Smerekiem, płaski 8 km odcinek po asfalcie, ale tempo mamy takie sobie. W Smereku bierzemy po bułce, co przynajmniej mnie stawia  na nogi, niestety na Tomka to nie podziałało, męczy się bardzo na podejściu. Na połoninie zaczyna wiać, co przynosi sporą ulgę, bo pogoda niestety nie dopisała i było dość gorąco, poza tym dla takich widoków warto było się tyle męczyć, aż chce się usiać i pogapić się chwilę w spokoju. Tomek wyraźne odżywa, na zbiegach goni tak, że ciężko za nim nadążyć, co więcej mijamy wszystkie ekipy, które wyprzedziły nas na podejściu. Przed nami tylko podejście na Połoninę Caryńską i w dół do mety. Sytuacja sprzed pary godzin znowu się powtarza, pod górkę idzie słabo, w dół gonimy. Po 11 godzinach i 25 minutach wpadamy na metę, zajmujemy 26 miejsce, Tomek poprawił wynik sprzed roku o ponad 30 minut. Myślę, że granica 11 godzin była do złamania, cóż pozostaje poprawić się za rok. Bardzo podobała mi się atmosfera na Rzeźniku, zwłaszcza wzajemny doping w końcówce trasy, gdy mijało się ciągle z tymi samymi ekipami, sympatyczne to było. Poza tym fajnie było się zobaczyć ze znajomymi z rajdów i setek i spokojnie wypić piwo przed startem i na mecie.


 fot. Monika Strojny
 fot. Monika Strojny
fot. Monika Strojny
no i Wiewiórka na koniec

niedziela, 3 czerwca 2012

Up and down

Kierat to zdecydowanie stały punkt startowy od samego początku moich startów, w tym roku nic się nie zmieniło pod tym względem. Trasa nie wydaje się jakoś skomplikowana, a już na na pewno nie pierwsza 50-tka, tylko dlaczego jest tak dużo asfaltu? Dobrze, że przynajmniej masyw Mogielicy jest na deser. Punkt 18.00 ponad ruszamy, staram się trzymać czołowej grupy, ale po kilku kilometrach czuję, że coś jest nie tak z moim żołądkiem, chyba zjadłem zbyt ciężkostrawny obiad i to się teraz odbija, jest mi niedobrze i odechciewa się mi biegać, na PK1 jestem gdzieś w połowie pierwszej setki, słabo, w dodatku dalej się kiepsko czuję, zjadam pół paczki czekolady, trochę mnie to zatyka i powoli siły wracają, ale dalej ciężko mi się biegnie. Gdzieś między PK2 a PK3 doganiam Zenka i Jacka, gadamy, biegniemy, idziemy, asfalt, szutrówka, pole, krzaki, asfalt, etc, tak mniej więcej spędzamy kilka najbliższych godzin. W ramach urozmaicenia przed półmetkiem wpadamy na tory kolejowe, którymi dojeżdżamy do Kasiny Wielkiej. Jesteśmy w okolicy 20-tego miejsca, nawet nie najgorzej.
Ufo w Wyspowym,  fot. Jacek Deneka

Na punkcie spotykamy Huberta, z którym jak się później okazało, dotrę aż do mety. Do tego Zenek zaprzyjaźnia się z pewnym kubeczkiem, o czym nieco więcej napisał na swoim blogu, w każdym razie przyjaźń została brutalnie przerwana. Przed nami ciekawsza część trasy, do tego robi się dość tłoczno, w sumie to jest nas chyba z 10 osób, mały tramwaj się zrobił. Zbliżamy się do Mogielicy, kilka lat temu straciłem w okolicy jakieś 2 godziny, próbując się przedostać z jednego PK na drugi, fajnie byłoby teraz nic nie spaprać w nawigacji. W międzyczasie przed PK 11 tramwaj nam się rozrywa, o tym jak to było można przeczytać u Huberta, więc nie będę tego powtarzał. Na PK11 jesteśmy na 14 miejscu, fajnie byłoby skończyć w pierwszej 10. Dalej podążamy we trójkę, Hubert, Marek z którym w zeszłym roku też miałem okazję spotkać się na trasie i ja, a przed nami najciekawsza cześć trasy. Plan jest taki, żeby wbić się na przełęcz, a następnie stokówką dotrzeć do Bukowego Wierchu, a później w dół do PK12. Póki co wszystko nam się zgadza, do tego dobrze się biegnie, Sytuacja na chwilę się skomplikowała, gdy nie znaleźliśmy żadnej z dwóch ścieżek, którymi chcieliśmy pójść, ale trafiła się za to kolejna, która doprowadziła nas dokładnie w to miejsce, gdzie chcieliśmy trafić. Zbiegamy szybko do punktu, jesteśmy na 8 miejscu! Tak wysoko, to na Kieracie jeszcze nie byłem.
fot. Jacek Deneka

Do mety zostało 12 km, tak sobie głośno myślę, że jeżeli przyspieszymy to uda mi się zrobić życiówkę na setce. Wielkiego entuzjazmu u chłopaków nie widzę, zresztą po prawie 90 km to się go nie spodziewałem :) Ale zasuwamy co sił do mety, końcówka asfaltowa dłuży się okropnie, nawet nie chcę już patrzeć na mapę jak daleko jeszcze. Mijamy tabliczkę Limanowa, boisko, kilka zakrętów i po 15 godzinach i 43 minutach wpadamy na metę. Rekord pobity, do tego 8 miejsce, super, nie sądziłem, że po kiepskim początku, uda się zrobić taki wynik. Do tego doszła prawie bezbłędna nawigacja, w czym oczywiście spora zasługa Zenka. Jestem bardzo zadowolony, jak dotąd najlepszy start w tym roku.

wtorek, 17 kwietnia 2012

W poszukiwaniu... zimy

Tak, tak, to nie pomyłka. Podczas gdy wiosna zadomowiła się na dobre, niektórzy zapragnęli jeszcze zabaw na śniegu. A tak na serio, to chcieliśmy w końcu rozpocząć sezon w górach. Okazja ku temu nawet się znalazła w nie tak odległych Jesenikach, za naszą południową granicą. Zwało to się dokładnie Rock Point Horska Vyzva, liczyło niespełna 60 km, taki trochę krótszy Rzeźnik, no i zabawa była przednia.
Mapkę imprezy można zobaczyć tutaj. Punktualnie o północy 130 dwuosobowych teamów wyruszyło na trasę z Kouty przez Keprenik do Ramzovej ponownie przez Keprenik, dalej Cervenohorskie Sedlo, Pradziad, Ovcarnia do Kouty nad Dessnou.. Wykres trasy wyglądał tak:

W zasadzie po jakichś 2 km szło się już po śniegu, dość miękkim, przez co noga zapadała się tak do połowy łydki. Ale im wyżej, tym śnieg był twardszy i całkiem dobrze się biegało, ale za to piździło. Tak źle i tak nie dobrze :) Ponadto była mgła, co nieco utrudniało szukanie wstążek, przez co trochę czasu traciliśmy na odnajdywanie trasy. Przy drugim podejściu na Keprenik zaczęło solidnie sypać śniegiem, zima na całego.
Jakby ktoś nie wierzył, że była zima, to proszę bardzo oto fotka.
fot. http://www.horskavyzva.cz/fotogalerie.html?albumid=5732109211358532561

Organizator zadbał o nas i postawił kilka punktów z herbatą i kofolą na trasie, coś na ząb też było. W zasadzie wszystko było, tylko widoków brakowało. Nawet wieża na Pradziadzie nie chciała się pokazać. W ogóle to trzeci raz byłem na tej górze i po raz trzeci nic z niej nie widziałem. Chyba mnie po prostu nie lubi. Za to nieźle tam dmuchało.
Z Pradziada mieliśmy kierować się na Vysoke hole, ale z jakichś powodów, nie zrozumiałych dla nas ze względów językowych, zostało to zmienione. W sumie może to i dobrze, bo dzięki temu trafił się bardzo fajny kawałek trasy. Strome zbocze pokryte miękkim śniegiem, funkcję nart przejęły buty, na których slalomem między drzewami zjechaliśmy na dół. Końcówka niestety była mało ciekawa, kilka kilometrów nudnego asfaltu do mety. Wynik zrobiliśmy jako taki, zdecydowanie brakuje jeszcze mocy, ale poza tym nie było źle. Impreza bardzo fajna i chętnie tam jeszcze zawitam. W ogóle Jeseniky to bardzo interesujące miejsce, zimą można pośmigać na biegówkach, praktycznie w każdej wiosce są przygotowane trasy biegowe, natomiast latem jest gdzie pojeździć na rowerze. Polecam.

wtorek, 20 września 2011

Ahoj Przygodo - Tor des Geants 2011


Aktualizujemy chip i po chwili jesteśmy wśród innych głodnych i żądnych wrażeń w strefie startu tuż przy kościele w Courmayeur.  Nie mam pulsometru ale tętno to mam chyba ze 180, po Tomku widać, że u niego jest podobnie. Pozostało kilkanaście minut do godziny 10.00. Powoli dociera do nas, że za chwilę rozpocznie się coś, czego nie jesteśmy w stanie sobie za bardzo wyobrazić, coś na co czekaliśmy wiele miesięcy, co ciągle siedziało gdzieś tam w głowie, a teraz jesteśmy w tym wielkim kolorowym cyrku, który za chwilę ruszy na 332,5 km trasę wokół doliny Aosty. Krótkie przemówienia, powitanie uczestników przez Ulricha i Annemarie Gross, ubiegłorocznych zwycięzców, odliczanie i ruszamy wśród dźwięku dzwonków, oklasków, krzyków, chyba z pół Courmayeur wyszło na ulicę by pożegnać prawie 500 śmiałków, którzy ruszyli na trasę 1 sektora, gdzie przyjdzie im pokonać 48 km do pierwszej bazy w Valgrisenche. Na początek od razu podejście na Col Arp ( 2571 m npm ). Idziemy w ciągłej euforii kilkusetosobowym tramwaju, wokół coraz piękniejsze widoki oraz pasące się konie, które towarzyszą nam, aż do przełęczy. Pierwszy etap chcemy pokonać spokojnie, żeby nie przegiąć, zbiegamy powoli i krótkim krokiem, jeszcze zdążymy się zmęczyć. Żeby trochę ulżyć zawodnikom organizator przygotował co kilka kilometrów punkty żywieniowe, gdzie były same rarytasy. Zajadamy się serami, mochetą ( rodzaj wędzonej szynki ), do tego ciasta, owoce, piwo. W zasadzie to chciałoby się dłużej posiedzieć na punktach, zwłaszcza tych z ładnymi widokami i po prostu się poobijać :)
 fot. Tomek Krawczyk
Napieramy jednak dalej. Po zmroku docieramy do pierwszej z baz, trochę przemoknięci, gdyż od 1,5 h pada, doznania akustyczne uzupełniają coraz bliższe wyładowania atmosferyczne. Podczas całej imprezy zaplanowano 6 baz, gdzie jest dostęp do naszych depozytów, jest dużo więcej jedzenia niż na punktach, są łóżka, prysznice. Planujemy 4 godziny snu, zanim wyruszymy na najdłuższy 53 km odcinek do Cogne. Niestety rzeczywistość weryfikuje nasze plany, ja trochę drzemię, Tomek nie śpi wcale. Makaroni nie pozwalają na spokojny odpoczynek. Widać nie są jeszcze zmęczeni, dlatego są tacy głośni. Na odprawie organizator wspominał, że będziemy wszyscy na trasie mówić jednym językiem, póki co dobrze że nie rozumieją naszego języka. Decydujemy się wyjść o północy, bo ze snu i tak nici. Przed nami bardzo trudny etap, będziemy na dwóch najwyższych przełęczach w całym wyścigu. Dwie pierwsze udaje nam się zaliczyć w nocy, deszcz ciągle pada, ale dzięki temu jest chłodno i idzie się całkiem przyjemnie. Jak wyszło słońce przestało być taki miło, grzeje jak cholera, do tego przed nami najwyższa przełęcz Col Loson ( prawie 3300 m ), zero wiatru, w środku czuję się jak woda wrząca w czajniku. Widzę, że Tomek też się podobnie męczy. Napotkani turyści dopingują nas forza, forza, na chwilę to pomaga. W końcu zdobywamy przełęcz i czeka nas 12 km w dół do Cogne, perspektywa schodzenia palącym słońcu nie bardzo mi się podoba. Im niżej tym robi się cieplej. Trochę jesteśmy zmęczeni, decydujemy się, że trzeba będzie się przespać po dotarciu do bazy, bo w tym stanie dalej nie pociągniemy.
 fot. Tomek Krawczyk
Tomek idzie spać, ja idę jeszcze na masaż, może po tym będzie się trochę lepiej napierać. Zasypiam na stole. Miła pani budzi mnie po kilkunastu minutach, że to już koniec. Z niechęcią przenoszę się na łóżko. Po godzinie snu wyruszamy dalej. Etap wydaje się całkiem prosty, 46 km z czego 30 km to droga w dół do najniższej bazy podczas TDG w Donnas ( 330 m npm ). Tylko jedno duże podejście, a później w dół do mety. Bułka z masłem. O tym jak bardzo się myliłem przekonaliśmy się kilka godzin później.  Ruszamy wraz z Francuzem Laurent’em i Finem Janne. Ukończyli w zeszłym roku, teraz chcą poprawić czas, do tego Janne był na podium w tegorocznym PTL podczas UTMB dwa tygodnie wcześniej. Idziemy dłuższą chwile razem, rozmawiamy o trasie, o tym co czeka nas dalej, narzekamy na zjadaczy sera i spaghetti. Widać nie tylko nam zaszli za skórę. Chłopaki później odskakują, my swoim tempem idziemy w stronę schroniska Rif Sogne. Jest noc, temperatura bardzo przyjemna, gwiazdy pięknie świecą. Docieramy do schroniska, według nas to zdecydowany numer jeden, jeśli chodzi o punkty na dotychczasowej trasie. Klimatyczny wystrój, jedzenie pięknie podane, do tego bardziej urozmaicone niż zwykle, zajadamy pyszną zupę, pijemy wino, aż nie chce się stąd wychodzić. Żal opuszczać takie fajne miejsce, ale przed nami jeszcze kawał drogi do Donnas. Przełęcz zdobywamy szybko, po czym zbiegamy w dół.  Mijamy dwa schroniska, szeroka, trochę kamienista szutrówka, wokół góry oświetlone przez księżyc. Czujemy się jak w bajce.
 fot. Tomek Krawczyk
Czuję jednak, że coś mnie wyrywa z tej bajki. Każde dotknięcie ziemi wywołuje coraz większy ból w prawym kolanie. Do tego nawierzchnia robi się beznadziejna, mnóstwo nierównych kamieni, korzeni, do tego wąska ścieżka przez las i zero widoków. Próbuję się chwilę porozciągać, ale nawet to przychodzi z trudem. Przypomina mi się ubiegłoroczny Adventure Trophy, gdzie ból w tej samej okolicy wyeliminował mnie z imprezy i startów na kilka miesięcy. Nie chcę, żeby to się powtórzyło, nie w tym momencie! Jeszcze tyle trasy przed nami, tyle świetnych widoków. Coraz częściej dociera do mnie, że to może być niestety już koniec. Jestem wkurzony i bezsilny, biorę 2 tabletki przeciwbólowe, na chwilę chyba pomaga, albo tak przynajmniej chcę żeby mi się wydawało. Zejście dłuży się niemiłosiernie, noga boli, nastrój fatalny, u Tomka trochę lepiej, ale też bez rewelacji. Boli go kolano, bo wcześniej wyrżnął i teraz trochę mu spuchło. Przed świtem, zmęczeni, docieramy do Donnas. Idziemy spać na 3 godziny. Może sen pomoże chociaż trochę na nasze dolegliwości. Budzę się,  przeciągam, zginam nogę i nie czuję bólu. Omal z łóżka nie spadłem wtedy z radości. Tomkowi sen też posłużył bo czuje się lepiej i kolano mniej dokazuje. Pakujemy się i ruszamy na najtrudniejszy, jak się później okazało sektor. Na sam początek wychodzimy z Donnas z 330 m na ponad 2200 m. O tym, że słońce pali kolejny dzień, nawet już nie wspominam. Idziemy noga z nogą, byle się za bardzo nie zmęczyć w tym upale.
  fot. Tomek Krawczyk
Ale dzień mija przyjemnie, zrobiliśmy sporo przewyższeń, ale niewiele odległości. Ściemnia się a  my jesteśmy dopiero na podejściu pod Col Marmontana. O ile pod górę idzie się nienajgorzej, to w dół kiepsko, bardzo nierówna nawierzchnia, mnóstwo luźnych kamieni powoduje, że poruszamy w dół się z średnią prędkością rzędu 2 km / h. To będzie długa i trudna noc. Co więcej u mnie ponownie odzywa się kolano, ale tym razem wiem, że jak się prześpię to ból ustąpi. W dodatku Tomek łamie kijek i rani drugie kolano. Od tej pory jedno kolano służy mu do podchodzenia a drugie do zbiegów. Jesteśmy bardzo zmęczeni, senni, poruszamy się bardzo wolno, co chwilę zataczając się i potykając o kamienie i korzenie. Decydujemy , że dojdziemy do Niel i prześpimy się 2 h ( na punktach można było pozostać max 2 godziny, w bazach aż do limitu ) Ale dotarcie do Niel, wcale nie jest proste. Idziemy góra, dół, góra, dół, wysokość wcale nie chce spadać. W końcu kładziemy się w krzakach na pół godziny, bo w tym stanie to jeszcze zrobimy sobie krzywdę. Sen trochę pomógł, po godzinie docieramy do punktu, idziemy od razu do namiotu. Chwilę po nas przychodzą poznani wcześniej Janne i Laurent. Jeśli my wyglądamy tak jak oni, to nie jest dobrze. Ale nie chcę tego wiedzieć. Dwie godziny snu w zimnym namiocie trochę pomogły. O ile ja się czuję w miarę dobrze, o tyle Tomek nie bardzo. Kolano mu jeszcze bardziej spuchło, mówi że brakuje mu odpoczynku i będzie spał dłużej na 200 km w bazie w Gressoney i zobaczy co będzie z kolanem. Ja idę dalej. 
  fot. Tomek Krawczyk
Najbliższy etap prowadzi do Creatz, widoki coraz fajniejsze, na dzień dobry idę dolinką i gapię się na Monte Rosę. Ponadto zrobiło się trochę puściej na trasie, można nawet przez chwilę w spokoju podziwiać okolicę. Pod górę i po płaskim idzie mi się ok., w dół już nie, noga jest trochę sztywna, kolano nie zgina się tak jak powinno, ale w tej chwili wierzę, że nie będzie to przeszkodą w dotarciu do mety. Tomek wychodzi z Gressoney po 4 godzinach, mówi że czuje się lepiej i będzie szedł dalej, co zresztą słychać po głosie, że jest w dużo lepszej formie. Ulżyło mi bardzo, jak to usłyszałem. Przed 22.00 docieram do bazy, wraz z napotkanym po drodze sympatycznym Belgiem Claude’m, gość po 60 – tce, ale zasuwa, aż miło patrzeć. Do tego ja ani słowa po francusku, on nic po angielsku, ale mimo to rozmawia nam się bardzo miło. To chyba był ten jeden język, o którym wspominano na odprawie :)
Z Claude’m pokonam zresztą, jak się później okazało, jeszcze sporo kilometrów. Tymczasem w bazie chcę się wyspać. Obiecałem to swojemu organizmowi, że jak dojdzie do Cretaz to prześpi się 4 godziny, zje kolację, wypije wino i weźmie prysznic. Czymś trzeba było go przekupić, żeby tu dotrzeć :) W międzyczasie do bazy dociera też Tomek, też planuje spać kilka godzin. Ja wychodzę przed 4.00, do mety zostało już niecałe 100 km, odcinek z Cretaz do Ollomont to dla mnie absolutnie numer jeden na całej trasie. Większą cześć trasy spędza się na wysokości ponad 2000 m, wśród skał, jeziorek, kamiennych domków. Do tego trasa niezbyt trudna, bez bardzo stromych podejść i zbiegów. Jest pięknie, nawet słońce już tak bardzo nie przeszkadza. Po 22.00 docieram do ostatniej bazy, śpię godzinę i ruszam do mety, do której zostało tylko, albo aż 49 km. Tomek dociera do Ollomont o 1.00, śpi 1,5 h godziny i też rusza dalej. Jest w bardzo dobrym nastroju, widać, że odpoczynek dzień wcześniej bardzo mu się przydał.
 
  fot. Tomek Krawczyk
Zresztą na ostatnim etapie Tomek  wyprzedził ok. 40 osób. Był w stanie nawet biec w dół, co u mnie nie wchodziło już niestety w grę, Za to pod górę to miałem taki power jakbym dopiero co wyruszył ze statru.. Podejście na ostatnią przełęcz Col Malatra pokonuję bardzo sprawnie. Chyba bliskość mety sprawiła, że dostałem takiego przypływu energii. Ponadto wiedziałem, że jeśli mam kogoś jeszcze wyprzedzić, to tylko pod górę. Tomek nie miał na szczęście tego problemu i wyprzedzał, zarówno pod górę jak i w dół, majtając przy tym na wszystkie strony rzepką w napuchniętym kolanie. Na przełęczy z telefonu Rysiek śpiewa, że w życiu piękne są tylko chwile. O tak, ta chwila trwa u nas już prawie 5 dni. Myśl, że to wszystko niebawem się skończy powoduje u mnie lekkie uczucie smutku. Ostatnie 17 km bardzo się dłużyło, meta była coraz bliżej, ale wciąż jednak daleko. Do tego coś źle policzyłem i brakło mi jedzenia tuż po przekroczeniu ostatniej przełęczy, zrobiło mi się trochę niedobrze, może przez słońce, albo wspomniany wcześniej brak jedzenia. Ostatnie km to ciągłe spoglądanie na wysokościomierz, dlaczego te cyferki tak wolno się przesuwają! Od ostatniego schroniska Rif Bertone trasa idzie już ciągle w dół, zakręt, 50 m prostej i kolejny zakręt, i tak w kółko. Po jakimś czasie widać już pierwsze zabudowania w okolicy Courmayeur, w końcu kończy się ścieżka, jest asfalt, stoją samochody, to znak że nie może już być daleko. Zaczynam nawet lekko truchtać, ktoś mówi, że do mety już tylko kilometr, zaczynam już świętować, nawet bólu w nogach nie czuję, przebiegam przez uliczki Courmayeur, ludzie w knajpach, na ulicy biją brawo, dzwonią dzwonkami, wbiegam na czerwony dywan, jeszcze kilka metrów i przekraczam linię mety. Ktoś robi mi zdjęcia, ktoś podaje rękę, sam tego nie potrafię dobrze ogarnąć, jestem półprzytomny, ale niesamowicie szczęśliwy, dostaję piwo i próbuję ochłonąć. Udało się! Wszystkie trudności, ciężkie chwile udało się pokonać. Łzy same cisną się do oczu. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec, koniec fantastycznej opowieści, bardzo pięknej, wymagającej, bolesnej, ale pełnej niesamowitych emocji, widoków, sympatycznych ludzi. Idę pod prysznic i na masaż, o tak nogi na to zasłużyły. 2,5 h godziny później na metę dociera Tomek. Jest równie szczęśliwy jak i ja. Wieczorem będziemy świętować. Przed startem dziennikarz zapytał mnie co to jest Tor des Geants, odpowiedziałem, że wielka przygoda i pewnie coś jeszcze. Teraz wiem, że TdG to niesamowita przygoda, ale i narkotyk, bo już chcemy tam wrócić.

Tor des Geants w liczbach:
330 km
24 000 m przewyższeń
150 godzin limit
1 200 wolontariuszy
476 uczestników z 22 krajów
45 lat średnia wieku
25 przełęczy powyżej 2000 m

niedziela, 10 lipca 2011

Szlakiem Orlich Gniazd


Wstyd się przyznać, że jako mieszkaniec Jury nigdy wcześniej nie pokonałem całego Szlaku Orlich Gniazd, chociaż jego znaczne fragmenty znam dość dobrze. Całe szczęście, że możliwość pokonania prawie całej trasy pojawiła się podczas Transjury. Ot, taka piesza wycieczka z Częstochowy do Krakowa na dystansie nieco ponad 160 km. Nie wiele brakowało, a w ogóle bym nie wystartował, po godzinie oczekiwania na PKS w Olkuszu chciałem dać sobie nawet spokój ze startem. Tu wielkie ukłony dla Magdy i Piotrka, którzy dostarczyli mnie na start. Punktualnie o 21.00 ruszamy, rzut oka na pozostałych uczestników, kilka znajomych twarzy, ale większość zawitała na imprezę z asfaltu, tak to przynajmniej oceniłem po butach jakie mieli. Pierwsze kilometry szybkie, krajobrazowo nieszczególne. Aha, idea imprezy polegała na tym, że na trasie były rozstawione punkty kontrolne, na których mieliśmy się meldować, co więcej lokalizacje były nieznane. Wracając do biegu, bo w nocy jeszcze biegłem, w okolicy Złotego Potoku dochodzi mnie Gaweł, z którym jak się okazało przemierzę całą trasę aż do mety. Noc mija spokojnie, przez dłuższy czas nie możemy się oderwać od dwóch asfaltowych zawodników, którzy szczere mówiąc byli trochę męczącym towarzystwem. Nie to żebym miał coś przeciwko bieganiu po asfalcie, ale teksty w stylu " czemu kurwa musimy iść szlakiem po mokrej trawie, skoro obok jest droga" trochę osłabiają.  W sumie to wysłuchaliśmy jeszcze  kilku ciekawych historii. Co ciekawe panowie nawigowali na opis, mapy w rękach to raczej nie mieli. W końcu odbiegają od nas i nasze uszy mogą nacieszyć się ciszą nocnego lasu. Świt wita nas w okolicy Mirowa i Bobolic. Odbudowany zamek w Bobolicach robi o poranku całkiem miłe wrażenie. Tempo trochę siada, w okolicy Góry Zborów dopada mnie senność, trochę się to za mną ciągnie, do czasu aż zaczęliśmy biec. Zaliczamy kolejne punkty, posilając się na nich tym, co przygotował organizator. Wszystko szło fajnie, aż do okolic Pilicy, gdzie jeden z mijanych uczestników uświadomił nas, że ominęliśmy jeden PK, w dodatku prawie na samym początku tj, w Olsztynie. O tym, że nie szedłem wtedy po szlaku to wiedziałem, na jakieś 500 m szlak opuszczał główną drogę, po czym w centrum Olsztyna na nią wracał. Odbicia szlaku po prostu nie znalazłem, dlatego poszedłem dalej. Nie byłem w tym zresztą osamotniony. 
fot. Tomek Krawczyk
Jesteśmy teraz na 80 km, punkt był w okolicy 25. Psycha siada mocno, za brak punktu wg regulaminu grozi dyskwalifikacja. Mnie się odechciało wtedy iść, Gaweł też nie wyglądał na zadowolonego z faktu pominięcia punktu. Decydujemy kontynuować imprezę, ale tempo jest już dość słabe. 80 km zrobiliśmy w 12 godzin, na kolejne 80 potrzeba nam było aż 18. Idziemy dalej, ale robimy coraz więcej przerw, w sumie to nawet na nie czekam, bo za każdym razem Gaweł wyjmuje coś smakowitego z plecaka. Zastanawiam się ile on tego jeszcze ma :) W zasadzie do Olkusza było jeszcze jako tako, później już w ogóle nie biegliśmy. Mięśnie było ok, stopy trochę protestowały, ale przede wszystkim brakowało chęci. 
 fot. Tomek Krawczyk
W Sułoszowej jemy hamburgera na przystanku autobusowym, na chwilę powoduje to przypływ energii, ale tylko na chwilę. Zaczyna się druga noc. Szlak w Dolinie Prądnika ma to do siebie, że aż do Ojcowa idzie góra - dół, góra - dół. Chyba był to najtrudniejszy etap na trasie. Poziom motywacji równa się zero. Do tego chce się bardzo spać. Idziemy 10 minut, siadamy na drodze i zasypiamy na 2-3 minuty, i tak w kółko. W sumie nie wiem czy to jest w jakiś sposób udowodnione, ale po kilku takich power napach senność mija. Do tego przypominam sobie, że w telefonie mam odtwarzacz mp3. Piosenki Pidżamy Porno  i Dżemu w dużym stopniu skróciły męczarnie w końcówce. Przynajmniej się człowiek obudził jak zaczął śpiewać. W każdym razie na każdą kolejną imprezę biorę mp3. Końcówka dłuży się bardzo. W Giebułtowie wita nas napis na cześć Maćka Więcka, który zdradza tajemnicę jego zwycięstw. Maciek po prostu spieszył się na grilla i dlatego wygrał:) Po 30.14 h meldujemy się na mecie, wynik co tu dużo mówić rozczarowuje, chyba po raz pierwszy nie mam satysfakcji z ukończenia trasy. Zbyt wiele rzeczy nie zagrało przed i w trakcie. Szkoda.
Trochę fotek z imprezy, które wykonał Tomek znajduje się tutaj.

środa, 29 czerwca 2011

Rzeźnicke klimaty

W długi czerwcowy weekend Tomek wybrał się w odległe tereny, gdzie grasują Bieszczadzkie Anioły, by zmierzyć się z czerwonym szlakiem z Komańczy do Ustrzyk, a jak się potem okazało to nawet i dalej. Tomkowi na trasie towarzyszył Marek Michalczyk z zaprzyjaźnionego teamu Motyla Noga. 
 fot. foto_motylek

Chłopaki bardzo dobrze poradzili sobie na błotnistej i wymagającej trasie, meldując się na mecie w czasie poniżej 12 godzin. W ogóle tegoroczny Bieg Rzeźnika był bardzo mocno obsadzony. Imprezę wygrała ekipa Salomon Suunto w składzie Piotr Hercog / Marcin Świerc, pokonali trasę w kosmicznym czasie 8.32 h ustanawiając tym samym nowy rekord biegu. Ale najwidoczniej 80 km podstawowej trasy niektórym nie wystarczyło. I tak Tomek oraz Marcin Klisz postanowili przedłużyć zmagania i dołożyć kolejne 20 km na trasie do Wołosatego. Co więcej Rzeźnika w wersji Hardcore ukończyli na 3 miejscu. Wielkie brawa.

wtorek, 24 maja 2011

Tradycja

Kolejny Kierat, fajnie to teraz brzmi, ale zleciało trochę czasu od kiedy w 2007 postanowiłem spróbować co to jest ultramaraton. Od Kieratu się zaczęło i nie powiem, ale wywróciło to moje życie do góry nogami. Startujemy z Tomkiem trochę treningowo, bez spinania się na jakiś wynik, ale przed południem w sobotę to chciałem skończyć. Pierwsza 50 - tka była bardzo szybka, trochę azymutów przez krzaki, dużo asfaltów, szczerze to średnio mi to odpowiadało, ale towarzystwo na trasie często się zmieniało, więc nudno nie było. Kierat, tak naprawdę zaczął się dla mnie przed PK 6, czyli przed Łopieniem, oj wiele wspomnień z poprzednich edycji wiąże się z tą górą, w tym pamiętna burza z pierwszego startu. Podejście też było mocne, próbowaliśmy utrzymać tempo Justyny i Rafała, ale nie dało rady. Ale doganiamy ich po PK8 i wspólnie pokonujemy kolejne kilometry, w tym na PK9, chyba najciekawszy nawigacyjnie punkt. Początkowo chcieliśmy obiec pół góry, ale w międzyczasie pojawiła się szeroka ścieżka, która doprowadziła nas na punkt. Odrobiliśmy tutaj dużo, jesteśmy na 11 miejscu na punkcie. Gdzieś tam w głowie świta, że może by o dziesiątkę powalczyć, chociaż starta spora.
fot. Arkadiusz Arendowski

W międzyczasie dochodzą nas Sabina i Dawid, my zaliczamy krótki pit stop w Szczawie na colę i czekoladę, a ekipa ucieka. W Szczawie to chyba po raz trzeci na Kieracie jestem. Przemierzamy dolinę potoku o tej samej nazwie, gdzie kiedyś też stał punkt i ku naszemu zdziwieniu na kolejnym PK jesteśmy przed naszymi niedawnymi towarzyszami. Uciekamy ile sił w nogach, zaliczając jak najszybsze warianty. Na PK 12 mamy 19 minut straty do dziesiątego miejsca, trudno będzie to odrobić, ale próbujemy. O ile do 90 km mogłem powiedzieć, że nawigacyjnie było bardzo dobrze, kilka drobnych błędów i tyle, tak teraz to jest po prostu wielbłąd. Nie wiem czy spowodowane to było przez słońce, które coraz mocniej grzało, czy wyczuwalną już bliskość mety, ale siedzimy pół przeszło z pół godziny w krzakach, szukając punktu nie na tej górze co trzeba. W końcu jakoś się odnajdujemy i docieramy na punkt z którego właśnie wybiegają znajome twarze. Ciśnienie trochę z nas opada i tak trochę idąc trochę biegnąc po 16:57 h osiągamy metę. Jakoś nie potrafię się wtedy cieszyć z tego wyniku, szkoda tej końcówki, ale dzisiaj już jestem zadowolony :) Będzie co poprawiać za rok.