czwartek, 26 lipca 2012

Mostly shitty

Komunikat takiej treści odnośnie prognozy pogody przywitał nas w piątkowy wieczór po przybyciu do bazy Niskotatranskiej Stihacki w Telgarcie. Za oknem nie wyglądało to wcale lepiej. Cóż przygotowaliśmy się, że spędzimy kilkanaście godzin w mokrych warunkach, może to i nawet lepiej, bo po kilka dni po Maratonie Gór Stołowych to na pewno się nie zregenerowaliśmy. Trasa wg organizatorów liczyła 98 km ( swoją drogą to mogliby dołożyć te 2 km, jakoś bardziej lubię okrągłe liczby ), w tym ponad po 5000 m w górę i w dół. Formuła imprezy jest trochę inna niż zazwyczaj spotykana w biegach ultra, mianowicie trzeba zasuwać ostro od startu, bo od PK3 ( ok 44 km ) obowiązuje limit zespołów, po 50% z każdej kategorii, które będą mogły kontynuować trasę. Startujemy w sobotę o 6.00, obok nas i niemieckiego zespołu, wyłącznie zespoły czeskie i słowackie. Jest chłodno, nic nie widać, ale na razie nie pada. Nasi południowi sąsiedzi wyrywają mocno do przodu od samego początku, a na początek mamy na 6 km 1000m w górę na Kralovą Holę. Podobnie było zresztą na Horskiej Vyzvie w Jesenikach, gdzie Czesi nie patrzyli, czy góra, czy dół, tylko gnali ile im fabryka dała. Zostajemy na końcu, co nie wróży jakoś dobrze na dalszą część trasy. Wychodzimy ponad chmury i naszym oczom ukazuje się coś takiego.
fot. A.Halienova

Przez głowę przechodzi mi myśl, żeby trochę posiedzieć i się pogapić, bo za wiele na tej imprezie nie zwojujemy. Na punkcie jesteśmy jednym z ostatnich zespołów. Dalej trasa wiedzie grzbietem góra - dół z fantastycznym widokiem na Tatry. Tempo mamy takie sobie, jak już kogoś doganiamy, to ciężko się urwać. Dopiero na stromym zbiegu do następnego punktu udaje nam się wyprzedzić sporo zespołów. Na zbiegach jesteśmy zdecydowanie mocniejsi tego dnia niż pod górę. Do punktu docieramy na 11 pozycji, już nam pozwala myśleć o zrobieniu całej trasy. Do tego konkurencja trochę się rozsiadła na punkcie, my uzupełniamy picie, zabieramy trochę jedzenia i ruszamy na kolejny ok 20 km odcinek, który organizatorzy określali na odprawie jako dość tricky. Trasa w większości przebiega wśród ściętych drzew i młodnika, do tego bez widoków i oznakowania szlaku, co jakiś czas pojawiają się ślady spraya na drzewach, którymi ktoś oznaczył drogę. Kilka razy musimy wyjmować mapę, żeby odnaleźć swoją pozycję, raz nawet wybieramy nie tę ścieżkę, co potrzeba i tracimy kilka minut. Ogólnie ta część trasy była nudnawa, wąska ścieżka z dużą ilością korzeni i kamieni, także tym bardziej ucieszyliśmy się na widok kolejnego punktu, zwłaszcza, że będziemy mogli iść dalej, no i uzupełnimy picie, które jakiś czas temu się nam skończyło.
fot. L.Smidek
Na punkcie postanawiamy chwilę zostać i skorzystać trochę z tego, co przygotowali organizatorzy i tak pijemy piwo, kofolę jemy korbaczki, chleb ze smalcem i nutellą ( ale nie na tej samej kromce :). Po kilku minutach ruszamy w kierunku Chopoku, najwyższego punktu na trasie. Nawet na chwilę się przejaśnia i wychodzi słońce, do tego widoki też dopisują. Zastanawialiśmy się cały czas, gdzie jest haczyk w tej imprezie, dotychczasowy rekord trasy wynosił nieco poniżej 16 h, co wg nas nie jest jakimś wielkim wynikiem. W Certovicy jesteśmy po 7 godzinach, jeszcze ok 10 i powinniśmy być na mecie, zobaczymy ...Odpuszczamy trochę na podejściu, żeby zostawić siły na dalszą część trasy. Za to możemy podziwiać fajne widoki.
fot. NTS
 Po około 3 godzinach docieramy do Chaty pod Chopokiem, wypijamy herbatę i ruszamy dalej, bo pogoda zaczyna się pogarszać. Zaraz po naszym wyjściu pojawia się mgła. Trasa przebiega trochę w górę, trochę w dół po kamieniach, ziemi, bardzo fajnie i przyjemnie się nam teraz biegnie. Czuć już trochę zmęczenie.
W międzyczasie mijamy kolejne zespoły, oczywiście na zbiegach i na kolejnym punkcie na 70 km jesteśmy już na 6 miejscu. Mamy niespełna 50 minut straty do podium, dystansu jeszcze trochę zostało, ale ciężko będzie przebić się tak wysoko. Tuż przed ostatnim dużym podejściem ( Wielka Chochula ) zaczyna mocno wiać i walić gradem, temperatura gwałtownie spada. Dobrze, że chwile wcześniej zdążyliśmy się ubrać, ale kuleczki grady uderzają w nas niemiłosiernie, próbuję zakryć twarz, ale bryłki i tak sieką mocno po twarzy. Zastanawiałem się przed startem, czy zabrać rękawiczki, teraz cieszę się, że je mam. Do wierzchołka jeszcze trochę brakuje, ale próbujemy podbiegać, by wyrwać się jak najszybciej z tej wichury. Wg profilu trasa po szczycie powinna mocno spadać w dół, ale jakoś nie chce. Cały czas idzie góra - dół. Chyba się prędko nie wydostaniemy w tego masywu. Mijamy jeden zespół po drodze, gość idzie w krótkich spodenkach, oj nie zazdroszczę mu tego, jak i tym wszystkim, którzy są za nami na grani. W końcu docieramy do kosówki, która osłania nas od wiatru i gradu, robi się nawet trochę cieplej. Niżej pada deszcz, co powoduje, że ścieżka robi się dość śliska. Docieramy do ostatniego punktu, 10 km przed metą, herbata na chwilę nas rozgrzewa, ale po wyjściu szybko robi się z powrotem zimno.
fot. NTS
Ostatni odcinek kosztował nas sporo sił, przed nami dwie niewielkie górki, ale idzie mi to jak krew z nosa. Tomek czuję się nieco lepiej, próbuję utrzymać jego tempo, ale nie mam sił. Krótkie podejście ciągnie się w nieskończoność. W końcu osiągamy ostatnią górkę, stąd już tylko 5 km w dół do mety. Zmuszam się do biegu, ale tempo jest już słabo. Jakby tego było mało, to wychodzi na to, że możemy złamać 17 h, tylko skąd wziąć na to siły, ale przynajmniej spróbujemy. Końcówkę po asfalcie pokonujemy ostatkiem sił, ale udaje się, po 16.59 h docieramy na 5 miejscu na metę. Zwycięzcy byli nieco ponad 2 godziny przed nami, którzy zresztą wygrali wszystkie wcześniejsze edycje. Przed startem czas, jak i miejsce, wzięlibyśmy w ciemno. Trasa dała nam mocno w kość, pewnie czulibyśmy się lepiej, gdyby nie start w Górach Stołowych  tydzień wcześniej, ale o możliwości startu w NTS dowiedzieliśmy się dopiero po maratonie. Nieważne, dostajemy coś do jedzenia, nawet nie mamy sił wypić piwa, chyba z godzinę nam to schodzi:). Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale był to naprawdę bardzo dobry występ i nie było nigdzie haczyka :) Impreza bardzo fajna, kameralna, sympatyczni i życzliwi orgowie, piękna trasa widokowo, tzn tam gdzie było coś widać, w pozostałych miejscach przypuszczam, że też jest ładnie, do tego świetny teren do biegania. Na pewno jedno z tych miejsc, do których będę chciał wrócić. A rano odwiedził nas jeszcze niespodziewany gość.



poniedziałek, 16 lipca 2012

Maraton Gór Stołowych

Tak gdzieś do ok. 39 km to jakoś nic specjalnego się nie działo, biegłem sobie swoim tempem, podziwiałem fantastyczne formacje skalne, wyprzedzałem albo byłem wyprzedzany, ale do końca nie mogło być tak pięknie. Jest końcówka Błędnych Skał, teren płaski, sporo kamieni i korzeni, co jakoś specjalnie w biegu nie przeszkadza, ale ja już nie biegnę, odcina mi zasilanie i nie bardzo mogę cokolwiek z tym zrobić, jedzenia już organizm nie przyjmuje. W tym samym czasie tracę 10 miejsce, na którym byłem od 30 km, mija mnie dwóch zawodników, nawet na to nie reaguję. Chciałbym gonić, ale nie mam siły, nawet na zbiegu do Karłowa nie potrafię przyspieszyć, a czeka jeszcze deser w postaci schodów na Szczeliniec Wielki. Z tego fragmentu nawet nic nie pamiętam, były schody, a później znalazłem się na mecie. Tyle. W każdym razie był to jednej z bardziej udanych startów w tym roku, mimo zawalonej końcówki, i jedne z fajniejszych terenów do biegania, jakie odwiedziłem. O organizacji nie ma co się rozpisywać, było super.

Poniżej kilka fotek autorstwa Moniki Strojny.





niedziela, 8 lipca 2012

Ogień

Rajd 4 Żywiołów, 150 km z czego większość na rowerze, okolica, którą dobrze znam, pewnie jakieś 15 godzin na trasie, w zasadzie to powinna być bułka z masłem..., chyba trochę nie doceniłem tej imprezy, a zwłaszcza tego co może zrobić palące słońce, a grzało od rano. Najpierw krótkie kajaki, gdzie upał za bardzo nie przeszkadzał, zwłaszcza jak ciągnęło się kajak pod prąd w wodzi miejscami po kolana, ale kolejnych etapach dało się odczuć, kto będzie rozdawał karty. Do tego doszło trochę problemów nawigacyjnych, ani Zenek ani ja nie mieliśmy chyba dobrego dnia, bo jak wytłumaczyć szukanie przez kilkanaście minut punktu stojącego blisko drogi, koło którego przechodziło się kilka razy, albo szukanie jaskini tam gdzie jej nie ma? Z ciekawostek organizator wymyślił etap rowerowej jazdy na orientację na zasadzie totolotka, tzn punkty były zaznaczone na mapie, ale nie opisane, a trzeba było zaliczać je według kolejności. Oczywiście na punkt A trafiliśmy po objechaniu wszystkich pozostałych punktów.
fot. Zenek Lulek

Dalej wcale nie było lepiej. Przed zmrokiem wychodzimy na 10 km trekking po szlaku wokół Doliny Wodącej. Ale żeby nie było za łatwo, to szlaku w ok 70% nie było, no i nałaziliśmy się po krzakach, polach, wyrzucając z siebie coraz to barwniejsze słowa pod adresem organizatora. Do tego jeszcze moja czołówka czekała sobie spokojnie na kolejnym przepaku, gdzie tak na marginesie dotarliśmy krótko przed świtem :) dobrze, że chociaż miałem lampkę rowerową, oczywiście ze starymi bateriami, więc na treku przynajmniej widziałem co mam pod nogami. Gorzej było na rowerze, gdzie Zenek oprócz nawigacji, to jeszcze zajmował się oświetlaniem mi drogi. I w tym miejscu chciałem mu za to bardzo podziękować, duża jego zasługa, że zaliczyłem tylko jedną wywrotkę.
fot. Zenek Lulek
 
Końcówka poszła nam trochę sprawniej, nawet trafiłem 2 na 3 strzały z wiatrówki, chociaż trzymałem coś takiego pierwszy raz w rękach. Po 23 godzinach i 24 minutach meldujemy się na mecie na 4 miejscu. Dawno się tak nie zmęczyłem, ale bardzo mi się podobało, no i może lepiej, że to tyle trwało, bo przynajmniej nie zdążyliśmy na mecz Polska - Czechy na koko euro spoko.

środa, 20 czerwca 2012

Rzeźnik

" Biegnij biegnij żwawo górami lasami, przeskocz nad strumykiem przeskocz, chyl się pod drzewami..." tak się zaczyna hymn Biegu Rzeźnika autorstwa zespołu o dość oryginalnej nazwie - Wiewiórka na drzewie, żwawo, w miarę możliwości, starliśmy też poruszać po trasie z Komańczy do Ustrzyk Górnych. Zaczynamy dość spokojnie meldując się na pierwszym punkcie poza pierwszą setką zespołów, najtrudniejsze są dwa ostatnie odcinki trasy przez obie połoniny, także jeszcze zdążymy się zmęczyć. Wraz z kolejnymi kilometrami udaje nam się wyprzedzać wiele zespołów, zwłaszcza zbieg wychodzą nam tego dnia bardzo dobrze, pomimo dość nierównego podłoża z korzeniami i luźnymi kamieniami, na każdym stromym zbiegu nogi same niosą i mamy wiele frajdy z biegania. Problemy zaczynają się na tzw drodze Mirka przed Smerekiem, płaski 8 km odcinek po asfalcie, ale tempo mamy takie sobie. W Smereku bierzemy po bułce, co przynajmniej mnie stawia  na nogi, niestety na Tomka to nie podziałało, męczy się bardzo na podejściu. Na połoninie zaczyna wiać, co przynosi sporą ulgę, bo pogoda niestety nie dopisała i było dość gorąco, poza tym dla takich widoków warto było się tyle męczyć, aż chce się usiać i pogapić się chwilę w spokoju. Tomek wyraźne odżywa, na zbiegach goni tak, że ciężko za nim nadążyć, co więcej mijamy wszystkie ekipy, które wyprzedziły nas na podejściu. Przed nami tylko podejście na Połoninę Caryńską i w dół do mety. Sytuacja sprzed pary godzin znowu się powtarza, pod górkę idzie słabo, w dół gonimy. Po 11 godzinach i 25 minutach wpadamy na metę, zajmujemy 26 miejsce, Tomek poprawił wynik sprzed roku o ponad 30 minut. Myślę, że granica 11 godzin była do złamania, cóż pozostaje poprawić się za rok. Bardzo podobała mi się atmosfera na Rzeźniku, zwłaszcza wzajemny doping w końcówce trasy, gdy mijało się ciągle z tymi samymi ekipami, sympatyczne to było. Poza tym fajnie było się zobaczyć ze znajomymi z rajdów i setek i spokojnie wypić piwo przed startem i na mecie.


 fot. Monika Strojny
 fot. Monika Strojny
fot. Monika Strojny
no i Wiewiórka na koniec

niedziela, 3 czerwca 2012

Up and down

Kierat to zdecydowanie stały punkt startowy od samego początku moich startów, w tym roku nic się nie zmieniło pod tym względem. Trasa nie wydaje się jakoś skomplikowana, a już na na pewno nie pierwsza 50-tka, tylko dlaczego jest tak dużo asfaltu? Dobrze, że przynajmniej masyw Mogielicy jest na deser. Punkt 18.00 ponad ruszamy, staram się trzymać czołowej grupy, ale po kilku kilometrach czuję, że coś jest nie tak z moim żołądkiem, chyba zjadłem zbyt ciężkostrawny obiad i to się teraz odbija, jest mi niedobrze i odechciewa się mi biegać, na PK1 jestem gdzieś w połowie pierwszej setki, słabo, w dodatku dalej się kiepsko czuję, zjadam pół paczki czekolady, trochę mnie to zatyka i powoli siły wracają, ale dalej ciężko mi się biegnie. Gdzieś między PK2 a PK3 doganiam Zenka i Jacka, gadamy, biegniemy, idziemy, asfalt, szutrówka, pole, krzaki, asfalt, etc, tak mniej więcej spędzamy kilka najbliższych godzin. W ramach urozmaicenia przed półmetkiem wpadamy na tory kolejowe, którymi dojeżdżamy do Kasiny Wielkiej. Jesteśmy w okolicy 20-tego miejsca, nawet nie najgorzej.
Ufo w Wyspowym,  fot. Jacek Deneka

Na punkcie spotykamy Huberta, z którym jak się później okazało, dotrę aż do mety. Do tego Zenek zaprzyjaźnia się z pewnym kubeczkiem, o czym nieco więcej napisał na swoim blogu, w każdym razie przyjaźń została brutalnie przerwana. Przed nami ciekawsza część trasy, do tego robi się dość tłoczno, w sumie to jest nas chyba z 10 osób, mały tramwaj się zrobił. Zbliżamy się do Mogielicy, kilka lat temu straciłem w okolicy jakieś 2 godziny, próbując się przedostać z jednego PK na drugi, fajnie byłoby teraz nic nie spaprać w nawigacji. W międzyczasie przed PK 11 tramwaj nam się rozrywa, o tym jak to było można przeczytać u Huberta, więc nie będę tego powtarzał. Na PK11 jesteśmy na 14 miejscu, fajnie byłoby skończyć w pierwszej 10. Dalej podążamy we trójkę, Hubert, Marek z którym w zeszłym roku też miałem okazję spotkać się na trasie i ja, a przed nami najciekawsza cześć trasy. Plan jest taki, żeby wbić się na przełęcz, a następnie stokówką dotrzeć do Bukowego Wierchu, a później w dół do PK12. Póki co wszystko nam się zgadza, do tego dobrze się biegnie, Sytuacja na chwilę się skomplikowała, gdy nie znaleźliśmy żadnej z dwóch ścieżek, którymi chcieliśmy pójść, ale trafiła się za to kolejna, która doprowadziła nas dokładnie w to miejsce, gdzie chcieliśmy trafić. Zbiegamy szybko do punktu, jesteśmy na 8 miejscu! Tak wysoko, to na Kieracie jeszcze nie byłem.
fot. Jacek Deneka

Do mety zostało 12 km, tak sobie głośno myślę, że jeżeli przyspieszymy to uda mi się zrobić życiówkę na setce. Wielkiego entuzjazmu u chłopaków nie widzę, zresztą po prawie 90 km to się go nie spodziewałem :) Ale zasuwamy co sił do mety, końcówka asfaltowa dłuży się okropnie, nawet nie chcę już patrzeć na mapę jak daleko jeszcze. Mijamy tabliczkę Limanowa, boisko, kilka zakrętów i po 15 godzinach i 43 minutach wpadamy na metę. Rekord pobity, do tego 8 miejsce, super, nie sądziłem, że po kiepskim początku, uda się zrobić taki wynik. Do tego doszła prawie bezbłędna nawigacja, w czym oczywiście spora zasługa Zenka. Jestem bardzo zadowolony, jak dotąd najlepszy start w tym roku.

wtorek, 17 kwietnia 2012

W poszukiwaniu... zimy

Tak, tak, to nie pomyłka. Podczas gdy wiosna zadomowiła się na dobre, niektórzy zapragnęli jeszcze zabaw na śniegu. A tak na serio, to chcieliśmy w końcu rozpocząć sezon w górach. Okazja ku temu nawet się znalazła w nie tak odległych Jesenikach, za naszą południową granicą. Zwało to się dokładnie Rock Point Horska Vyzva, liczyło niespełna 60 km, taki trochę krótszy Rzeźnik, no i zabawa była przednia.
Mapkę imprezy można zobaczyć tutaj. Punktualnie o północy 130 dwuosobowych teamów wyruszyło na trasę z Kouty przez Keprenik do Ramzovej ponownie przez Keprenik, dalej Cervenohorskie Sedlo, Pradziad, Ovcarnia do Kouty nad Dessnou.. Wykres trasy wyglądał tak:

W zasadzie po jakichś 2 km szło się już po śniegu, dość miękkim, przez co noga zapadała się tak do połowy łydki. Ale im wyżej, tym śnieg był twardszy i całkiem dobrze się biegało, ale za to piździło. Tak źle i tak nie dobrze :) Ponadto była mgła, co nieco utrudniało szukanie wstążek, przez co trochę czasu traciliśmy na odnajdywanie trasy. Przy drugim podejściu na Keprenik zaczęło solidnie sypać śniegiem, zima na całego.
Jakby ktoś nie wierzył, że była zima, to proszę bardzo oto fotka.
fot. http://www.horskavyzva.cz/fotogalerie.html?albumid=5732109211358532561

Organizator zadbał o nas i postawił kilka punktów z herbatą i kofolą na trasie, coś na ząb też było. W zasadzie wszystko było, tylko widoków brakowało. Nawet wieża na Pradziadzie nie chciała się pokazać. W ogóle to trzeci raz byłem na tej górze i po raz trzeci nic z niej nie widziałem. Chyba mnie po prostu nie lubi. Za to nieźle tam dmuchało.
Z Pradziada mieliśmy kierować się na Vysoke hole, ale z jakichś powodów, nie zrozumiałych dla nas ze względów językowych, zostało to zmienione. W sumie może to i dobrze, bo dzięki temu trafił się bardzo fajny kawałek trasy. Strome zbocze pokryte miękkim śniegiem, funkcję nart przejęły buty, na których slalomem między drzewami zjechaliśmy na dół. Końcówka niestety była mało ciekawa, kilka kilometrów nudnego asfaltu do mety. Wynik zrobiliśmy jako taki, zdecydowanie brakuje jeszcze mocy, ale poza tym nie było źle. Impreza bardzo fajna i chętnie tam jeszcze zawitam. W ogóle Jeseniky to bardzo interesujące miejsce, zimą można pośmigać na biegówkach, praktycznie w każdej wiosce są przygotowane trasy biegowe, natomiast latem jest gdzie pojeździć na rowerze. Polecam.

wtorek, 20 września 2011

Ahoj Przygodo - Tor des Geants 2011


Aktualizujemy chip i po chwili jesteśmy wśród innych głodnych i żądnych wrażeń w strefie startu tuż przy kościele w Courmayeur.  Nie mam pulsometru ale tętno to mam chyba ze 180, po Tomku widać, że u niego jest podobnie. Pozostało kilkanaście minut do godziny 10.00. Powoli dociera do nas, że za chwilę rozpocznie się coś, czego nie jesteśmy w stanie sobie za bardzo wyobrazić, coś na co czekaliśmy wiele miesięcy, co ciągle siedziało gdzieś tam w głowie, a teraz jesteśmy w tym wielkim kolorowym cyrku, który za chwilę ruszy na 332,5 km trasę wokół doliny Aosty. Krótkie przemówienia, powitanie uczestników przez Ulricha i Annemarie Gross, ubiegłorocznych zwycięzców, odliczanie i ruszamy wśród dźwięku dzwonków, oklasków, krzyków, chyba z pół Courmayeur wyszło na ulicę by pożegnać prawie 500 śmiałków, którzy ruszyli na trasę 1 sektora, gdzie przyjdzie im pokonać 48 km do pierwszej bazy w Valgrisenche. Na początek od razu podejście na Col Arp ( 2571 m npm ). Idziemy w ciągłej euforii kilkusetosobowym tramwaju, wokół coraz piękniejsze widoki oraz pasące się konie, które towarzyszą nam, aż do przełęczy. Pierwszy etap chcemy pokonać spokojnie, żeby nie przegiąć, zbiegamy powoli i krótkim krokiem, jeszcze zdążymy się zmęczyć. Żeby trochę ulżyć zawodnikom organizator przygotował co kilka kilometrów punkty żywieniowe, gdzie były same rarytasy. Zajadamy się serami, mochetą ( rodzaj wędzonej szynki ), do tego ciasta, owoce, piwo. W zasadzie to chciałoby się dłużej posiedzieć na punktach, zwłaszcza tych z ładnymi widokami i po prostu się poobijać :)
 fot. Tomek Krawczyk
Napieramy jednak dalej. Po zmroku docieramy do pierwszej z baz, trochę przemoknięci, gdyż od 1,5 h pada, doznania akustyczne uzupełniają coraz bliższe wyładowania atmosferyczne. Podczas całej imprezy zaplanowano 6 baz, gdzie jest dostęp do naszych depozytów, jest dużo więcej jedzenia niż na punktach, są łóżka, prysznice. Planujemy 4 godziny snu, zanim wyruszymy na najdłuższy 53 km odcinek do Cogne. Niestety rzeczywistość weryfikuje nasze plany, ja trochę drzemię, Tomek nie śpi wcale. Makaroni nie pozwalają na spokojny odpoczynek. Widać nie są jeszcze zmęczeni, dlatego są tacy głośni. Na odprawie organizator wspominał, że będziemy wszyscy na trasie mówić jednym językiem, póki co dobrze że nie rozumieją naszego języka. Decydujemy się wyjść o północy, bo ze snu i tak nici. Przed nami bardzo trudny etap, będziemy na dwóch najwyższych przełęczach w całym wyścigu. Dwie pierwsze udaje nam się zaliczyć w nocy, deszcz ciągle pada, ale dzięki temu jest chłodno i idzie się całkiem przyjemnie. Jak wyszło słońce przestało być taki miło, grzeje jak cholera, do tego przed nami najwyższa przełęcz Col Loson ( prawie 3300 m ), zero wiatru, w środku czuję się jak woda wrząca w czajniku. Widzę, że Tomek też się podobnie męczy. Napotkani turyści dopingują nas forza, forza, na chwilę to pomaga. W końcu zdobywamy przełęcz i czeka nas 12 km w dół do Cogne, perspektywa schodzenia palącym słońcu nie bardzo mi się podoba. Im niżej tym robi się cieplej. Trochę jesteśmy zmęczeni, decydujemy się, że trzeba będzie się przespać po dotarciu do bazy, bo w tym stanie dalej nie pociągniemy.
 fot. Tomek Krawczyk
Tomek idzie spać, ja idę jeszcze na masaż, może po tym będzie się trochę lepiej napierać. Zasypiam na stole. Miła pani budzi mnie po kilkunastu minutach, że to już koniec. Z niechęcią przenoszę się na łóżko. Po godzinie snu wyruszamy dalej. Etap wydaje się całkiem prosty, 46 km z czego 30 km to droga w dół do najniższej bazy podczas TDG w Donnas ( 330 m npm ). Tylko jedno duże podejście, a później w dół do mety. Bułka z masłem. O tym jak bardzo się myliłem przekonaliśmy się kilka godzin później.  Ruszamy wraz z Francuzem Laurent’em i Finem Janne. Ukończyli w zeszłym roku, teraz chcą poprawić czas, do tego Janne był na podium w tegorocznym PTL podczas UTMB dwa tygodnie wcześniej. Idziemy dłuższą chwile razem, rozmawiamy o trasie, o tym co czeka nas dalej, narzekamy na zjadaczy sera i spaghetti. Widać nie tylko nam zaszli za skórę. Chłopaki później odskakują, my swoim tempem idziemy w stronę schroniska Rif Sogne. Jest noc, temperatura bardzo przyjemna, gwiazdy pięknie świecą. Docieramy do schroniska, według nas to zdecydowany numer jeden, jeśli chodzi o punkty na dotychczasowej trasie. Klimatyczny wystrój, jedzenie pięknie podane, do tego bardziej urozmaicone niż zwykle, zajadamy pyszną zupę, pijemy wino, aż nie chce się stąd wychodzić. Żal opuszczać takie fajne miejsce, ale przed nami jeszcze kawał drogi do Donnas. Przełęcz zdobywamy szybko, po czym zbiegamy w dół.  Mijamy dwa schroniska, szeroka, trochę kamienista szutrówka, wokół góry oświetlone przez księżyc. Czujemy się jak w bajce.
 fot. Tomek Krawczyk
Czuję jednak, że coś mnie wyrywa z tej bajki. Każde dotknięcie ziemi wywołuje coraz większy ból w prawym kolanie. Do tego nawierzchnia robi się beznadziejna, mnóstwo nierównych kamieni, korzeni, do tego wąska ścieżka przez las i zero widoków. Próbuję się chwilę porozciągać, ale nawet to przychodzi z trudem. Przypomina mi się ubiegłoroczny Adventure Trophy, gdzie ból w tej samej okolicy wyeliminował mnie z imprezy i startów na kilka miesięcy. Nie chcę, żeby to się powtórzyło, nie w tym momencie! Jeszcze tyle trasy przed nami, tyle świetnych widoków. Coraz częściej dociera do mnie, że to może być niestety już koniec. Jestem wkurzony i bezsilny, biorę 2 tabletki przeciwbólowe, na chwilę chyba pomaga, albo tak przynajmniej chcę żeby mi się wydawało. Zejście dłuży się niemiłosiernie, noga boli, nastrój fatalny, u Tomka trochę lepiej, ale też bez rewelacji. Boli go kolano, bo wcześniej wyrżnął i teraz trochę mu spuchło. Przed świtem, zmęczeni, docieramy do Donnas. Idziemy spać na 3 godziny. Może sen pomoże chociaż trochę na nasze dolegliwości. Budzę się,  przeciągam, zginam nogę i nie czuję bólu. Omal z łóżka nie spadłem wtedy z radości. Tomkowi sen też posłużył bo czuje się lepiej i kolano mniej dokazuje. Pakujemy się i ruszamy na najtrudniejszy, jak się później okazało sektor. Na sam początek wychodzimy z Donnas z 330 m na ponad 2200 m. O tym, że słońce pali kolejny dzień, nawet już nie wspominam. Idziemy noga z nogą, byle się za bardzo nie zmęczyć w tym upale.
  fot. Tomek Krawczyk
Ale dzień mija przyjemnie, zrobiliśmy sporo przewyższeń, ale niewiele odległości. Ściemnia się a  my jesteśmy dopiero na podejściu pod Col Marmontana. O ile pod górę idzie się nienajgorzej, to w dół kiepsko, bardzo nierówna nawierzchnia, mnóstwo luźnych kamieni powoduje, że poruszamy w dół się z średnią prędkością rzędu 2 km / h. To będzie długa i trudna noc. Co więcej u mnie ponownie odzywa się kolano, ale tym razem wiem, że jak się prześpię to ból ustąpi. W dodatku Tomek łamie kijek i rani drugie kolano. Od tej pory jedno kolano służy mu do podchodzenia a drugie do zbiegów. Jesteśmy bardzo zmęczeni, senni, poruszamy się bardzo wolno, co chwilę zataczając się i potykając o kamienie i korzenie. Decydujemy , że dojdziemy do Niel i prześpimy się 2 h ( na punktach można było pozostać max 2 godziny, w bazach aż do limitu ) Ale dotarcie do Niel, wcale nie jest proste. Idziemy góra, dół, góra, dół, wysokość wcale nie chce spadać. W końcu kładziemy się w krzakach na pół godziny, bo w tym stanie to jeszcze zrobimy sobie krzywdę. Sen trochę pomógł, po godzinie docieramy do punktu, idziemy od razu do namiotu. Chwilę po nas przychodzą poznani wcześniej Janne i Laurent. Jeśli my wyglądamy tak jak oni, to nie jest dobrze. Ale nie chcę tego wiedzieć. Dwie godziny snu w zimnym namiocie trochę pomogły. O ile ja się czuję w miarę dobrze, o tyle Tomek nie bardzo. Kolano mu jeszcze bardziej spuchło, mówi że brakuje mu odpoczynku i będzie spał dłużej na 200 km w bazie w Gressoney i zobaczy co będzie z kolanem. Ja idę dalej. 
  fot. Tomek Krawczyk
Najbliższy etap prowadzi do Creatz, widoki coraz fajniejsze, na dzień dobry idę dolinką i gapię się na Monte Rosę. Ponadto zrobiło się trochę puściej na trasie, można nawet przez chwilę w spokoju podziwiać okolicę. Pod górę i po płaskim idzie mi się ok., w dół już nie, noga jest trochę sztywna, kolano nie zgina się tak jak powinno, ale w tej chwili wierzę, że nie będzie to przeszkodą w dotarciu do mety. Tomek wychodzi z Gressoney po 4 godzinach, mówi że czuje się lepiej i będzie szedł dalej, co zresztą słychać po głosie, że jest w dużo lepszej formie. Ulżyło mi bardzo, jak to usłyszałem. Przed 22.00 docieram do bazy, wraz z napotkanym po drodze sympatycznym Belgiem Claude’m, gość po 60 – tce, ale zasuwa, aż miło patrzeć. Do tego ja ani słowa po francusku, on nic po angielsku, ale mimo to rozmawia nam się bardzo miło. To chyba był ten jeden język, o którym wspominano na odprawie :)
Z Claude’m pokonam zresztą, jak się później okazało, jeszcze sporo kilometrów. Tymczasem w bazie chcę się wyspać. Obiecałem to swojemu organizmowi, że jak dojdzie do Cretaz to prześpi się 4 godziny, zje kolację, wypije wino i weźmie prysznic. Czymś trzeba było go przekupić, żeby tu dotrzeć :) W międzyczasie do bazy dociera też Tomek, też planuje spać kilka godzin. Ja wychodzę przed 4.00, do mety zostało już niecałe 100 km, odcinek z Cretaz do Ollomont to dla mnie absolutnie numer jeden na całej trasie. Większą cześć trasy spędza się na wysokości ponad 2000 m, wśród skał, jeziorek, kamiennych domków. Do tego trasa niezbyt trudna, bez bardzo stromych podejść i zbiegów. Jest pięknie, nawet słońce już tak bardzo nie przeszkadza. Po 22.00 docieram do ostatniej bazy, śpię godzinę i ruszam do mety, do której zostało tylko, albo aż 49 km. Tomek dociera do Ollomont o 1.00, śpi 1,5 h godziny i też rusza dalej. Jest w bardzo dobrym nastroju, widać, że odpoczynek dzień wcześniej bardzo mu się przydał.
 
  fot. Tomek Krawczyk
Zresztą na ostatnim etapie Tomek  wyprzedził ok. 40 osób. Był w stanie nawet biec w dół, co u mnie nie wchodziło już niestety w grę, Za to pod górę to miałem taki power jakbym dopiero co wyruszył ze statru.. Podejście na ostatnią przełęcz Col Malatra pokonuję bardzo sprawnie. Chyba bliskość mety sprawiła, że dostałem takiego przypływu energii. Ponadto wiedziałem, że jeśli mam kogoś jeszcze wyprzedzić, to tylko pod górę. Tomek nie miał na szczęście tego problemu i wyprzedzał, zarówno pod górę jak i w dół, majtając przy tym na wszystkie strony rzepką w napuchniętym kolanie. Na przełęczy z telefonu Rysiek śpiewa, że w życiu piękne są tylko chwile. O tak, ta chwila trwa u nas już prawie 5 dni. Myśl, że to wszystko niebawem się skończy powoduje u mnie lekkie uczucie smutku. Ostatnie 17 km bardzo się dłużyło, meta była coraz bliżej, ale wciąż jednak daleko. Do tego coś źle policzyłem i brakło mi jedzenia tuż po przekroczeniu ostatniej przełęczy, zrobiło mi się trochę niedobrze, może przez słońce, albo wspomniany wcześniej brak jedzenia. Ostatnie km to ciągłe spoglądanie na wysokościomierz, dlaczego te cyferki tak wolno się przesuwają! Od ostatniego schroniska Rif Bertone trasa idzie już ciągle w dół, zakręt, 50 m prostej i kolejny zakręt, i tak w kółko. Po jakimś czasie widać już pierwsze zabudowania w okolicy Courmayeur, w końcu kończy się ścieżka, jest asfalt, stoją samochody, to znak że nie może już być daleko. Zaczynam nawet lekko truchtać, ktoś mówi, że do mety już tylko kilometr, zaczynam już świętować, nawet bólu w nogach nie czuję, przebiegam przez uliczki Courmayeur, ludzie w knajpach, na ulicy biją brawo, dzwonią dzwonkami, wbiegam na czerwony dywan, jeszcze kilka metrów i przekraczam linię mety. Ktoś robi mi zdjęcia, ktoś podaje rękę, sam tego nie potrafię dobrze ogarnąć, jestem półprzytomny, ale niesamowicie szczęśliwy, dostaję piwo i próbuję ochłonąć. Udało się! Wszystkie trudności, ciężkie chwile udało się pokonać. Łzy same cisną się do oczu. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec, koniec fantastycznej opowieści, bardzo pięknej, wymagającej, bolesnej, ale pełnej niesamowitych emocji, widoków, sympatycznych ludzi. Idę pod prysznic i na masaż, o tak nogi na to zasłużyły. 2,5 h godziny później na metę dociera Tomek. Jest równie szczęśliwy jak i ja. Wieczorem będziemy świętować. Przed startem dziennikarz zapytał mnie co to jest Tor des Geants, odpowiedziałem, że wielka przygoda i pewnie coś jeszcze. Teraz wiem, że TdG to niesamowita przygoda, ale i narkotyk, bo już chcemy tam wrócić.

Tor des Geants w liczbach:
330 km
24 000 m przewyższeń
150 godzin limit
1 200 wolontariuszy
476 uczestników z 22 krajów
45 lat średnia wieku
25 przełęczy powyżej 2000 m