niedziela, 1 września 2013

Bieg Granią Tatr

17 sierpnia odbyły się najbardziej oczekiwane i rozreklamowane zawody w tym roku Bieg Granią Tatr. Piękna trasa z Doliny Chochołowskiej przez Tatry Zachodnie, Kasprowy, chyba najbardziej morderczy odcinek na przełęcz Krzyżne i trochę spokojniejszą, co nie znaczy, że łatwą końcówkę przez polanę Waksmundzką do Kuźnic. Na starcie ponad 200 osób, wśród nich Tomek, któremu pokonanie ok. 70 km trasy zajęło 13.46 h i dało 54 miejsce w generalce. Jak mówił biegło mu się przez większość trasy dobrze, nieco gorsze momenty przyszły w okolicach Krzyżnego i w samej końcówce, ale w sumie był zadowolony. Impreza zebrała dużo pozytywnych opinii, więc mam wielką nadzieję, że będzie ciąg dalszy.
fot. Piotr Dymus

fot. Piotr Dymus

fot. Maciej Wernik

fot.Tadeusz Zaręba

poniedziałek, 29 lipca 2013

Bieg 7 szczytów

Mija 32 godzina na trasie, za nami ok 190 km, rozpoczyna się wspinaczka, to chyba dobre słowo tutaj, na Górę Kalwaria, droga krzyżowa dosłownie i w przenośni, oczy same mi się zamykają, czuję że w bardzo małym stopniu kontroluję to co robię, jest bardzo stromo, Kamil idzie parę kroków przed mną, jak ja mu zazdroszczę, że ma kijki i ma się na czym oprzeć. Próbuję zrobić krok do przodu, ale bardziej wychodzi mi bok, tak trochę poruszam się ruchem konika szachowego. Patrzę w górę szukając jakiegokolwiek światła księżyca, co będzie oznaczało, że koniec góry blisko. Niestety poza światłem czołówek ciemno. Podejście ciągnie się w nieskończoność, mijamy jedną stację drogi krzyżowej po drugiej, a końca dalej nie widać. Siadam na chwilę na ziemi, gaszę czołówkę, naciągam buff na uszy, by komary nie gryzły i odpływam na 2-3 minuty, chociaż czuję się jakbym drzemał znacznie dłużej. Powtarzamy to chyba 3 razy i dzięki temu senność na chwilę odchodzi. Ogólnie to czuję się dobrze, tylko powieki mam tak ciężkie, że idąc po górę same się zamykają. Kryzys w końcu przyszedł, bo kiedyś musiał, odchodzi na bok cała rywalizacja, wynik, czy nawet perspektywa mety, nie ma to teraz najmniejszego znaczenia, trzeba zebrać się w sobie i mozolnie krok po kroku wydostać z tego letargu, może za 10, może za 30 minut to przejdzie, ale obecnie to głowa chce coś innego, a ciało w swoją stronę ciągnie. Nucę sobie piosenkę z przygód Franka Dolasa, żeby się czymś na chwilę zająć i zmusić do wysiłku. Po dłuższej chwili zauważam, że zrobiło się płasko, a nawet droga wiedzie lekko w dół, chyba przegapiłem moment, w którym wszedłem na grzbiet, nogi same się rozpędzają, robi się przyjemniej i trochę otrzeźwiałem, nawet jako taką prędkość udaje się rozwinąć, to co kogo teraz gonimy? 
Zanim do tego doszło w czwartkowe po południe wystartował ze Stronia Śląskiego I Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich z główną trasą Biegiem 7 szczytów liczącą 223 km, chociaż jak się później okazało było tego kilkanaście km więcej. Początek spokojnie asfaltem, szybkie wejście na grzbiet przepięknych Gór Bialskich i góra dół góra dół przez kilkadziesiąt kilometrów. Staram się nie spieszyć za bardzo, dystans jest bardzo długi i będzie okazja się jeszcze zmęczyć, chociaż obserwując innych zawodników, którzy biegiem mijają mnie pod górę, to nie jestem przekonany czy o tym wiedzą, no chyba że są tak mocni :) 
fot. Andrzej Brandt
Po jakimś czasie wychodzimy z lasu, gdzie widać niezwykle krwawy zachód słońca, uwielbiam zachody słońca, zwłaszcza w górach. Skoro słońce zakończyło zmianę pojawia się księżyc w otoczeniu setek gwiazd, aż mam wielką ochotę zatrzymać się na dłużej na Śnieżniku, najwyższym punkcie na trasie, i po prostu pogapić się w gwiazdy. Może innym razem, póki co trzeba skupić się na wyszukiwaniu czerwonych wstążek wskazujących trasy, na szczęście oznakowanie trasy jest bardzo dobre, mimo że lubię biegać z mapą, to używam jej obecnie do sprawdzenia gdzie jestem i co czeka za zakrętem. Noc upływa spokojnie, jest chłodno. O świcie pojawiają się mgły w dolinach, a nad nimi niczym wyspy w morzu wyrastają góry. W ogóle trasa jest bardzo widokowa, sporo odkrytych przestrzeni i jeszcze więcej pięknych okoliczności przyrody, to jeden z powodów dla których lubię ultra, widoki naprawdę dużo wynagradzają. 
fot. Jacek Deneka


Powoli zbliżamy się do Kudowy, gdzie zlokalizowano kolejny przepak i tak naprawdę zabawa się dopiero rozpocznie. Grupa nam się trochę powiększyła, oprócz mnie i Kamila, jest Arek, Jacek - starzy znajomi, do tego dość dobrze wyglądający jak na ten etap trasy Węgier Daniel, z którym jak się później okaże, będziemy się jeszcze dość często mijać. Słońce operuje coraz mocniej, w lesie jest nawet ok, ale na otwartych przestrzeniach jest coraz trudniej. Na każdym punkcie pochłaniam kilka kawałków arbuza i kilka kubków izotoników. Fajnie byłoby się nie odwodnić w tych warunkach. Kudowa to 120 km, trzeba w zasadzie zapomnieć co było do tej pory i zacząć wszystko od początku, z tą różnicą że sił przybywać już nie będzie. Zjadamy pyszny makaron w Pasterce, organizm bardzo się ucieszył na smak czegoś innego niż słodkie. Przed nami Szczeliniec Wielki, szczerze to nie chce mi się tam wchodzić, najchętniej to ominąłbym ten fragment i zanurzył się w urocze lasy w Górach Stołowych. Ale co zrobić, bardzo powoli udaje się dotrzeć na górę, ale warto było, zejście wśród kapitalnych formacji skalnych i w dodatku w cieniu. Co więcej jest tu chłodno, co przy ok. 30 stopniach kilkaset metrów niżej robi różnicę. Fragment w Górach Stołowych to dla mnie zdecydowany numer jeden na trasie. Fajnie byłoby być tu nocą, sleepmonster wśród skał o przedziwnych kształtach byłby interesujący. Upalny dzień na szczęście pomału się kończy i szykuje się druga noc na trasie. Poza trochę skasowanymi stopami, to jest ok, nic nie boli, morale w porządku, staram się oszczędzam stopy i delikatnie robię każdy krok. Mimo, że wysoko nie wychodzimy, to góry w okolicach Bardo są dość męczące, zwłaszcza na tym etapie trasy. Stosunkowo nie wysokie ale dość strome, z urozmaiconą nawierzchnią korzenno - kamienisto - szutrową. W dół i po płaskim jest ok, pod górę gorzej, nie pamiętam większości podejść w tej części. Sen jest silniejszy. Systematycznie mijam się z Węgrem, z którym walczymy o zwycięstwo w kategorii wiekowej i jego obecność zmusza do wysiłku. Odliczam kilometry do mety, 40, 30, 20, byle do ostatniego punktu w Orłowcu, a potem to nawet na czworakach dojdę do mety. W końcówce większość trasy biegnę, nawet nie truchtam, tylko biegnę, czuję jak wracają siły, a może to bliskość mety powoduje, że organizm chce już zakończyć cały proces i znajduje gdzieś resztki energii. Ostatnie podejście, i kilka kilometrów zbiegu do Lądka Zdroju. Meta już blisko, przechodzę w jakiś stan euforii, nagle stopy i mięśnie przestają boleć. Czuję się jakbym płynął po drodze. Po 39 godzinach i 41 minutach mijam linię mety, 7 miejsce w generalce, 2 w kategorii wiekowej, 5 minut za Danielem. Zrewanżuje się w Beskidach jesienią :) Kamil dociera 20 minut później, dla niego to pierwszy tak długi bieg i naprawdę świetny wynik zrobił. Imprezę wygrywa Michał Kiełbasiński, rajdowcy górą - super :)
fot. https://www.facebook.com/DolnoslaskiFestiwalBiegowGorskich?fref=ts
Jestem bardzo zadowolony, trasa była bardzo wymagająca, trudniejsza niż się spodziewałem, warunki pogodowe i nawierzchniowe również, Bieg 7 szczytów ukończyły 53 osoby na ok 130 startujących, mało. Wielkie podziękowania należą się głównym organizatorom Piotrkowi i Maćkowi oraz wszystkim którzy pomagali nam na trasie. Organizacyjnie zawiesili poprzeczkę bardzo wysoko, świetnie zaopatrzone punkty żywnościowe, bardzo dobrze oznakowana trasa i w ogóle cała otoczka, widać było że jest to wielkie święto biegania i bardzo fajnie, że ciąg dalszy nastąpi.

niedziela, 9 czerwca 2013

Kierat po raz siódmy.

Pomimo, że najbardziej lubię robić nowe rzeczy i poznawać nowe miejsca, tak jest coś przyciągającego w Kieracie, że wystartowałem tam po raz szósty, a w ogóle była to moja siódma wizyta na tej imprezie. Co roku było coraz lepiej czasowo i coraz wyższe miejsca zajmowałem, więc plan na tegoroczną edycję był prosty, poprawić ubiegłoroczne wyniki i fajnie byłoby złamać 15 godzin. Na starcie stanęło ponad 600 osób, co było rekordem frekwencji spośród wszystkich edycji, bardzo dużo znajomych twarzy i do tego mocna obsada. Miejsce w pierwszej dziesiątce byłoby świetnym wynikiem. Trasa wiodła tym razem w kierunku zachodnim m.in przez Łopień, który chyba najbardziej kojarzy mi się z Kieratem, Ćwilin i Luboń Wielki. Początek to kilka kilometrów asfaltu, biegnę z przodu w kilkuosobowej grupie, w okolicach czwartego PK na Ćwilinie pojawia się mgła, robię drobny błąd nawigacyjny i grupa mi ucieka. Szukam chwilę punktu wraz z Michałem Kiełbasiński, z którym jak się okazało, pokonaliśmy całą trasę do mety. Warunki pogodowe są dobre, jest ok 10 - 12 stopni i nie pada, chociaż na trasie jest dość mokro, zwłaszcza pokonują niezliczone wysokie trawy. Z Ćiwlina długi zbieg do Mszany Dolnej, zamiast szukać mostu przechodzimy przez Mszankę, woda nawet nie specjalnie zimna, tylko nurt szybki i trzeba uważać by nie stracić równowagi, bo mogłoby to się skończyć wodowaniem. Kolejne punkty przed Luboniem wschodzą szybko i bezbłędnie. W Glisnem jest punkt z napojami. Tankujemy, wypijamy kilka herbat, żeby się trochę rozgrzać i ruszamy w stronę Lubonia Wielkiego.
PK w Glisnem, fot. T.Baranowski
Podejście na Luboń daje się odczuć, pamiętam jak w 2010 na Bergsonie pokonywaliśmy zimą ten odcinek w dół z rowerami. Śniegu dużo nie było, ale całe zejście było pokryte lodem, że ciężko było utrzymać się na nogach. W ogóle ta góra kojarzy mi się wybitnie zimowo, z 2 lata temu trafiłem tam na śnieżycę i pomimo rakiet na nogach zapadałem się po kolana w śniegu. Z parogodzinnej wycieczki zrobiła się kilkunastogodzinna wyrypa. Ale wracając do Kieratu, po Luboniu czeka nas przejście Percią Borkowskiego, składającej się z wielu bardzo nieregularnie ułożonych i w dodatku w tych warunkach śliskich kamieni. Na kolejnym punkcie notujemy pierwszy poważny błąd nawigacyjny. Tuż przed punktem widzimy dwójką Non Stop Adventure biegnącą aktualnie na 5 miejscu, jesteśmy kilka minut za nimi, niestety jakieś 200 m przed punktem skręcamy niepotrzebnie w boczną drogę, chodzimy po mokrym polu szukając kamieniołomu, którego jak na złość nigdzie nie ma. Po ok. 15 minut łażenia po krzakach namierzamy PK, ciśnienie podnosi trochę zejście po stromej ścianie kamieniołomu. Szkoda, że traci kontakt z tymi co przed nami. O niedawna biegniemy w trójkę, dołączył do nas Marek, z którym w zeszłym roku wbiegałem na metę. Dla urozmaicenia długiego asfaltowego przelotu zaliczamy przejście przez kolejną rzeczkę, wody tak do kolan i trochę zimniejsza niż poprzednio. Zaliczamy punkt na granicy Gorczańskiego Parku Narodowego i przed nami, chyba najciekawszy nawigacyjnie fragment tegorocznego Kieratu, 8 km w większości na azymut, za namową Michała robimy wariant poziomicowy, dzięki czemu mamy możliwość pozwiedzania kilku uroczych jarów, niestety popełniamy kolejny błąd jakieś 1,5 km przed punktem, odbijamy za bardzo na północ, później musimy się cofnąć i iść na azymut przez pola, co szybkie niestety nie jest. Pozycji wiele nie tracimy, ale czołówka uciekła nam już na jakieś 1,5. Do poprzedzających mamy też sporą stratę, także szanse na odrobienie są marne. Na PK 11 spotyka nas Maciek Pońc i dalej ruszamy w czwórkę. Kolejne punkty pokonujemy już trochę spokojniej, starty mamy sporo, także nie ma sensu się za bardzo spinać. Ale przynajmniej jest z kim porozmawiać i powspominać poprzednie starty. Tempo nas chyba trochę uśpiło, bo przed ostatnim punktem robimy błąd i lądujemy kilometr od punktu. Szkoda, tym bardziej, że definitywnie pozbawiło nas to szansy złamania 15 godzin.
Meta, fot. M.Stępień
Końcowe 8 km po asfalcie mija mi dość szybko i bezboleśnie. Po 15 godzinach i 14 minutach kończymy Kierat na 7 miejscu. Oczko wyżej nie rok temu i półgodziny szybciej na moim zdaniem trudniejszej trasie. Tempo i wynik cieszą, co roku jest progres i niech tak zostanie :)

środa, 8 maja 2013

One.

Pierwszy start w górach na wiosnę i od razu z fajnym wynikiem, ale po kolei. Początek Beskidzkiej 160 na raty to kilkanaście km z Dębowca do Górek Wielkich po asfalcie. Kilkanaście lat temu na tych asfaltach śledziłem pędzące rajdówki, tym razem sam mogłem rozwinąć trochę prędkość. Początek dość szybki, 17 km w tempie 4.30 - 4.40, wydawało mi się trochę za mocno, ale jakość przyjemnie się biegło. Odcinek ten pokonuję wspólnie z Ewą Majer, jak się później okazało nie po raz pierwszy spotkaliśmy się na trasie. Przed nami tylko Wawrzyniec Pawski, późniejszy zwycięzca trasy 50 km. Asfalt się kończy i zaczyna się podejście na Równicę, pod górę czuję wyjątkowo dobrze, sporo fragmenty udaje się podbiec i dość sprawnie melduję się na szczycie, następnie krótki zbieg do Brennej na pierwszy punkt żywieniowy.
fot. Przemysław Sikora



 Z punktu wychodzą jako pierwszy na długą trasę i w tym momencie zaczęły się schody :) Po raz pierwszy nie muszę nikogo gonić, tylko uciekać. Tylko jakie tempo ustalić, żeby nie przesadzić? Na podejściu na Grabową staram się jeszcze mocniej przycisnąć, mimo że nie ma słońca, to czuję jak się w środku wszystko we niej gotuje. Niby wieje wiatr, ale jakoś specjalnie tego nie odczuwam. W lesie robi się za to coraz przyjemniej, po śniegu ani śladu, wiosna powoli wchodzi w Beskidy, do tego ludzi praktycznie nie ma. Aż chciałoby się na chwilę zatrzymać i pogapić się na okoliczności przyrody. Przede mną najwyższe punkty na trasie, czyli Klimczok i Szyndzielnia. Udaje mi się cały czas utrzymać przyzwoite tempo, o ile w górach czuję się dobrze, tak zdaję sobie sprawę, że końcowe kilkanaście kilometrów po asfalcie może być trudne, jeżeli ktoś mnie tam dogoni, to raczej ciężko będzie mi powalczyć o zwycięstwo. Pod górę zasuwam ile mogę, ale w dół muszę trochę zwolnić, coraz bardziej czuję mięśnie czwórgłowe, wychodzi niestety brak długich zbiegów we wcześniejszych treningach, ale w sumie jest to moja pierwsza wiosenna wizyta w górach, więc będzie jeszcze czas przed kolejnymi startami, żeby na tym popracować. Zaczynam podejście na Błatnią i trochę przesadzam z tempem, jest dość stromo, a ja próbuję zbyt szybko pokonać ten fragment. Po niedługiej chwili zaczynam mocno słabnąć, jakby ktoś wyłączył mi zasilanie. Próbuję coś zjeść, ale robi mi się niedobrze. Trzyma mnie tak z 30 minut, także zbiegam bardzo wolno. Na płaskim na chwilę gubię drogę, ale szybko naprawiam błąd, na szczęście siły pomału wracają. Oglądam się za siebie i widzę, że Ewa się zbliża. W sumie to nawet dobrze się stało, bo przynajmniej końcówka nie będzie się tak dłużyła. Słońce operuje coraz mocniej, kończy się woda i wygląda na to, że będzie to najtrudniejszy fragment trasy. W Skoczowie był oczywiście sklep, ale po drugiej stronie ulicy, w dodatku światło było czerwone, ale nie chciało mi się czekać. Trudno, napiję się na mecie. A do niej już coraz bliżej, trochę idziemy, biegniemy, rozmawiamy, odliczam zakręty do końca 4, 3, 2 i ostatni. Po 9 godzinach i 15 minutach wbiegamy wspólnie na metę. Po raz pierwszy w życiu wygrywam ultra. Bardzo fajne uczucie i będę chciał to jeszcze powtórzyć.
Co do samej imprezy to było dobrze, może poza oznakowaniem trasy, którego miejscami nie było i bardzo marnej mapie w skali ok. 1:100 000, na której nie wiele można było zobaczyć. Duży plus za fajną bazę w Willi Słonecznej w Dębowcu, jeśli ktoś szuka bardzo spokojnego miejsca z ładnymi widokami, to polecam.
fot. Przemysław Sikora


Ale to nie koniec dobrych informacji. Po półrocznej przerwie i operacji pierwszy start zaliczył Tomek i co więcej ukończył pierwszą edycję maratonu Wielka Prehyba. Jak powiedział zamierza dalej biegać, więc z kolanem jest już chyba dobrze. Trasa wokół Szczawnicy przez wspomnianą Prehybę, Wielki Rogacz i Durbaszkę bardzo mu się podobała, warunki też, zwłaszcza jak pojawiła się burza. Fajnie, że w kalendarzu pojawiła się kolejna ciekawa impreza, do tego w bardzo malowniczym terenie.
fot. Piotr Siliniewicz

niedziela, 14 kwietnia 2013

Bieganie w Lizbonie.

Koniec marca, temperatura +18 stopni i do tego słońce ( jak wyjeżdżałem to w Polsce było siedem stopni, na minusie ), bardzo miła odmiana. Pogoda do biegania bardzo dobra, wiatr delikatnie wieje znad oceanu, a ja stoję nad mostem 25 kwietnia, nazwanym dla upamiętnienia rewolucji goździków z 1974 roku, podczas której obalono dyktaturę w Portugalii. Do tego jest to najdłuższy wiszący most w Europie.
http://www.meiamaratonadelisboa.com
Dzięki organizatorom Festiwalu Biegowego jestem w Lizbonie na starcie swojego pierwszego półmaratonu i drugiego w życiu biegu po asfalcie. Jak na 7 lat biegania, to wynik dość marny, ale ja chyba po prostu nie lubię wychodzić z lasu :) Na starcie dość tłoczno, w biegu bierze udział ok. 40 tysięcy ludzi, z czego zdecydowana większość startuje na 7 km. Początek mamy wspólny, a co za tym idzie nie jest łatwo się rozpędzić. Jak się niestety okazało stanąłem zbyt daleko na starcie i ruszam dopiero po prawie 5 minutach od wystrzału startera. Wyprzedzanie idzie bardzo opornie, biegnę w zasadzie zrywami, na chwilę się rozpędzam, po czym natychmiast trzeba hamować za czyimiś plecami. Co więcej mijam sporo osób, które po prostu idą. Zdaję sobie sprawę, że dobrego wyniku, to ja tutaj nie zrobię. Ale za to mam chwilę na podziwianie widoku Lizbony z mostu, ten fragment trasy zrobił na mnie zdecydowanie największe wrażenie.
http://www.meiamaratonadelisboa.com
Dalsza część trasy nie jest niestety szybsza, mimo miejscami trzypasmowej drogi ciężko jest biec stałym tempem. Trasa wiedzie wzdłuż wybrzeża, z jednej strony linia kolejowa, z drugiej zabudowania przemysłowej dzielnicy miasta. Chwilowo nie ma widoków, ale dzięki temu można się skoncentrować na biegu. Zbliżam się do 10 km, czas nieco ponad 46 minut, zdecydowanie za słabo. Pomału robi się więcej miejsca na trasie i w końcu można przyspieszyć. Kolejne kilometry mijają niezauważalnie. Nogi niosą tak jak powinny, staram im się za bardzo nie przeszkadzać. Obieram sobie za cel zawodnika w czerwonej koszulce, biegnącego jakieś 100 m przede mną i gonię go, po minięciu zmieniam kolor koszulki zająca na inny i tak w kółko. Nawet nie wiem kiedy dobiegłem do ostatniego nawrotu na trasie na 18 km. Czas na finisz, momentami biegnę chyba szybciej niż lizboński tramwaj:)

Meta coraz bliżej, mięśnie coraz bardziej palą. Jeszcze zakręt 90 stopni i koniec. Czas netto 1.30.50, ostatnie 11 km przebiegłem w 44 minuty, szkoda że nie było możliwości utrzymać takiego tempa przez cały wyścig, następnym razem muszę zająć lepszą pozycję startową. Chociaż jak na debiut w półmaratonie, to wynik nie jest zły, a przynajmniej będzie motywacja, żeby poprawić czas następnym razem. Sam bieg mi się podobał, bardzo fajny, mocny trening i też odmiana od biegania po śniegu. Lizbona też mi przypadła do gustu. Oprócz wspomnianych już tramwajów, śliczne wąskie uliczki i przepiękne kamienice. Do tego miasto położone jest na siedmiu wzgórzach, więc nawet zwiedzając nie można się nudzić, albo jest pod górę, albo w dół, płaskich miejsc jest mało. Miło było wieczorem posiedzieć w knajpce, posłuchać fado, powłóczyć się po wąskich uliczkach, no i te widoki.
 


poniedziałek, 4 lutego 2013

Mistrzostwa Europy w Rajdach Przygodowych 2013.

Po raz pierwszy impreza takiej rangi została rozegrana w Polsce. Bazą zawodów była stadnina koni huculskich w Gładyszowie - Regietowie, a areną zmagań piękne tereny Beskidu Niskiego. Na starcie kilka silnych zespołów, wszak główna nagroda to wpisowe na Mistrzostwa Świata, które odbędą się na Kostaryce. Było więc o co walczyć. Nasz cel był znacznie prostszy - dotarcie do mety. Po raz pierwszy startujemy w takim składzie jako Tetrahedron, co więcej jest to dla nas najdłuższy rajd, w jakim do tej pory startowaliśmy. Duże wyzwanie przed nami. Startujemy o 10.00 z gorlickiego rynku. Na początek czeka nas 7 km prolog po mieście, który postanawiamy zgodnie z naszą strategią odpuścić i wyruszyć prosto na trasę. Uznaliśmy przed startem, że zaliczenie wszystkich punktów kontrolnych nie będzie możliwe, a do ogólnej klasyfikacji liczą przede wszystkim punkty kontrolne, czas ma tutaj drugorzędne znaczenie. Chcąc zdobyć jak najwięcej PK, trzeba  kalkulować, co warto odpuścić. Co więcej limity na punktach, które często osiągało się "na styk" potwierdziły później, że wybraliśmy dobrą koncepcję.
fot. Piotr Siliniewicz
Z Gorlic ruszamy do Biecza, gdzie czekają na nas 2 zadania specjalne. Bardzo widowiskowy zjazd z 60 metrowej wieży ratuszowej oraz zadanie nawigacyjne, polegające na znalezieniu punktów za pomocą odbiornika gps. Większość punktów mieści się na cmentarzach, nie tylko polskich i nie tylko katolickich. Fajna lekcja historii. Oba zadania zabierają niestety trochę czasu i wiemy, że nocny rower będziemy musieli skrócić, żeby wyrobić się w limicie.  Trasa rowerowa była w formie scorelaufu, czyli kolejność zaliczania punktów nie była obowiązkowa. Staraliśmy się wybierać takie warianty, aby jak najwięcej trasy prowadziło w dół, przynajmniej kilometry szybciej wtedy uciekają. Oblodzone drogi sprawiały trochę problemów na zjazdach, nie obyło się bez kilku wywrotek, ale na szczęście bez start w ludziach i sprzęcie. Dobrze, że każde z nas miało kolce założone na przód, bez tego byłyby spore problemy z trakcją.  Przy jednym z punktów Jurek wyjmuje z plecaka puszkę ananasów, że też chciało mu się to zabierać ze sobą, po minucie po ananasach nie ma śladu :) Jak się później okazało puszek było więcej. Pierwsza noc upłynęła całkiem miło, na razie nie było zimno. Nad ranem docieramy do Szymbarku, gdzie w tamtejszym Kasztelu zlokalizowano kolejną strefę zmian.
Przed nami kolejny etap pieszy, który postanawiamy skrócić o jeden punkt, który znajduje się najdalej na trasie. Kolejnej nocy chcemy się chwilę przespać i warto by mieć zaliczkę czasową  na sen. W połowie trasy spotykamy Rosjan i Salewę, którzy zmierzają na punkt, który my niedawno opuściliśmy. Szczerze myślałem, że są dalej, w każdym razie oznacza to, że końcówkę trasy będziemy przecierać. Śniegu nie ma może dużo, gdzieś do połowy łydki, ale jest mocno zmrożony, co powoduje, że w każdy krok trzeba włożyć sporo siły. Z górki wcale nie jest łatwiej, zlodowaciały śnieg wbija się w nogi niczym ostrze noża. Dobre warunki do biegania to niestety nie są. Na przepaku marudzimy trochę za długo. Przebieramy się, zjadamy mięso, które wcześniej przygotowaliśmy, ale trwa to wszystko za długo. Jesteśmy teraz pierwszym zespołem na trasie, co powoduje, że na jazdę po śladach nie ma co liczyć. Za to na chwilę wyszło słońce i możemy podziwiać piękne panoramy Beskidu Niskiego.
fot. Konrad Ciuraszkiewicz



Niestety popełniamy błąd nawigacyjny, wjeżdżamy po prostu nie w tą drogę co trzeba i teraz musimy nieść rowery na plecach pod górę. Niby tylko 200 metrów w pionie, ale w drugiej dobie rajdu i po śniegu nie jest to takie łatwe. Ale przynajmniej przetarliśmy innym szlak, bo nie tylko nasz team urozmaicił sobie trasę noszeniem rowerów. Przed kolejnym punktem spotykamy ponownie Salewę i Rosjan i znowu na czeka nas spacer z rowerami. Ostatnie kilka kilometrów do punktu jest w miarę przetarte, tzn. są dwie rynny zrobione przez samochód, ale są zbyt wąskie, żeby w nich jechać i co więcej nie da się iść koło roweru i go pchać. Każdy miał tutaj inną technikę na pokonanie tego fragmentu trasy. W końcu jest punkt i teraz tylko droga w większości w dół do strefy zmian C, gdzie planujemy się przespać. Drugiej nocy bez snu w tych warunkach, to raczej nie pociągniemy. Zasypiamy od razu, po dwóch godzinach dzwonią budziki, bez marudzenia zbieramy się na kolejny odcinek, tym razem na biegówki. Sen pomógł, jesteśmy dużo żywsi, niż parę godzin wcześniej. Na etapy biegówkowe czekałem najbardziej i nie zawiodłem się. Owszem były miejsca, gdzie ze względu na nachylenie terenu ciężko było jechać, ale większość trasy dało się pokonać na nartach.
W pamięci z tego odcinka najbardziej mi zostały zjazdy po polach  we mgle. Było kapitalnie, dookoła biało, ślady biegówek przecinające pola wzdłuż i wszerz i do tego mgła, która wniosła trochę magii do całej zabawy. Niestety przytrafił się nam też poważny błąd nawigacyjny, przechodząc przez pole zgubił się gdzieś szlak, do tego zaczęła się zadymka. Chodzimy trochę w kółko próbując znaleźć jakieś wyjście. Dochodzimy do lasu, który nie ułatwia nam zadania. Jest gęsto, dużo krzaków i śnieg miejscami po kolana. Sporo czasu tam tracimy, na dodatek pojawia się przed nami rzeczka, nie jest może duża, ale woda w niej płynie, szukamy przez chwilę przejścia, w końcu udaje się przedostać na drugą stronę po zamarzniętym fragmencie. Na szczęście lód pod nami wytrzymał, ale straciliśmy dużo czasu i sił. Ostatni punkt musimy odpuścić, co więcej nie zostało wiele czasu do limitu. Ostatnie 7 kilometrów pokonujemy biegiem po śliskim asfalcie, w butach narciarskich na nogach i z nartami w rękach, na przepak docieramy 5 minut przed limitem, cali mokrzy i bardzo zmęczeni. Taki sprint po prawie 2 dobach napierania nie pozostanie pewnie bez śladu. 
fot. Aleksander Jasik
Przed nami kolejny łącznik rowerowy i znowu biegówki i trzecia noc. Teren na narty wymarzony, do schroniska na Magurze Małastowskiej jest założony ślad. Mimo, że trasa wiedzie pod górę, to aż chce się jechać w takich warunkach. W ogóle w okolicy jest przygotowanych kilkadziesiąt kilometrów tras na biegówki, a bazą wypadową jest Gościniec Banica, gdzie mamy przepak. Urocze miejsce, jakich wiele w Beskidzie Niskim. Niewątpliwie warto się wybrać w ten region. Niestety fajną zabawę przerywa awaria wiązania w narcie Huberta, nie jesteśmy w stanie tego naprawić na miejscu. Musimy skrócić etap i dojść do przepaku. Tempo nam znacznie spada, do tego robi się coraz zimniej. Szybko się wychładzam i coraz bardziej zaczyna mną telepać. Chronimy się na chwilę w napotkanej szopie, Jurek daj mi swoją bluzę, jemy kolejną puszkę ananasów ( mniam ) i ruszamy dalej. Do tego coraz bardziej chce się spać. Wykorzystuję każde podejście, żeby się trochę zdrzemnąć, niestety na jednym ze zjazdów sen jest mocniejszy od mnie. Zamykają mi się oczy, po chwili leżę w zaspie. Dobrze, że jest śnieg, przynajmniej jest miękko :) W końcu trafiamy ponownie na przepak. Magda rozwiązuje zadanie logiczne, jemy krakersy, ciasto, które smakuje rewelacyjnie. Aż nie chce się opuszczać tak miłego miejsca. Ale został nam już tylko krótki odcinek rowerowy, trekking w sercu Beskidu Niskiego i konie. Po dotarciu do bazy idziemy spać na kolejne 2 godziny. Wychodzenie przed świtem na trasę nie ma sensu, zimno, ciemno, nic nie przetarte. Zresztą nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Ostatni etap pieszy wygląda podobnie. Podejście drogą, wejście na górę, z powrotem do drogi i na kolejną górę. A górki są tu konkretne. Niby mają tylko po ok. 800 - 900 metrów, ale są bardzo strome. Praktycznie wszystkie zespoły idą w bliskich odstępach od siebie. Dużym plusem rajdów, w których trzeba zdobyć jak najwięcej punktów jest to, że można na każdym etapie spotkać czołówkę, a nie tylko bezpośrednich konkurentów. Kończymy trekking, nawet słońce postanowiło nam poświecić tego dnia. Meta coraz bliżej.
fot. Martin Paldan / Team Merrell Denmark
Na konie musimy chwilę poczekać, ruszamy wraz z Rosjanami i mieszanym teamem estońsko - łotewsko - czeskim. Hucuły wyglądają przyjaźnie. Idą grzecznie jeden za drugim, czasami tylko któryś koń próbuje się wyłamać z tego schematu. Etap krótki, ale zimny. Każdy team ma 2 konie na 4 osoby, w połowie trasy robimy zmianę, niech każdy ma okazję pomarznąć. W końcu wracamy do bazy, po 78 godzinach i 50 minutach przekraczamy linię męty. Pierwszy raz startuję w tak długim i wymagającym rajdzie, pierwszy raz w tym składzie, pierwszy raz wjeżdżam na metę konno. Zajmujemy 6 miejsce. Niesamowite, przed startem postanowiliśmy, że głównym celem jest meta, miejsce nie ma żadnego znaczenia. Wynik przeszedł nasze oczekiwania. Jest pięknie, jesteśmy bardzo zmęczeni, ale zarazem bardzo, bardzo szczęśliwi. Warto było się męczyć się w trudnych zimowych warunkach, walczyć ze snem, zmęczeniem, samym sobą by przeżyć taką przygodę.



piątek, 21 grudnia 2012

świąteczno - noworocznie - wspominkowo

Końca świata nie było, więc można planować kolejny sezon :-), a imprez nie będzie raczej brakowało.
I wcale nie będzie potrzeby ruszać się gdzieś daleko,  z nowych wydarzeń np. Bieg Granią Tatr czy ponad 200 km w Kotlinie Kłodzkiej, do tego dojdzie być może jeszcze jedna dwusetka. Pozostaje tylko trenować.

Upływający rok był dla nas przyzwoity. Na pewno spory niedosyt został po Tor des Geants, ale było też kilka dobrych startów jak Niskie Tatry, Kierat czy Maraton Gór Stołowych. W każdym razie przyszły zapowiada się bardzo ciekawie. Obok wspomnianych wcześniej nowych imprez, przede wszystkim, już w styczniu, czeka mnie bardzo wymagająca impreza - Mistrzostwa Europy w Adventure Racing w Beskidzie Niskim. Marzenie o starcie w dużym, czwórkowym rajdzie wreszcie się spełni. Wraz z Magdą, Jurkiem i Hiubim, przyjdzie nam się zmierzyć z ok. 500 km trasą - pieszo, rowerem, biegówkowo i ... konno. Jeżeli dodać do tego góry i dość zimny region kraju, to szykuje się mocna przeprawa. Także najbliższy okres spędzę na rowerze, z przerwą na odrobinę świętowania.




Wesołych Świąt i owocnego napierania w Nowym Roku!!!